Tajemnice Leśnego Miasteczka
: 03 maja 2024, 16:28
Część I — Pan Z
Pan Z był dziwakiem. Choć w jego przypadku i to słowo nie oddaje pełni jego dziwactwa. Łaził w poobdzieranych łachmanach od lasu do lasu, a gdy już z lasu wychodził, był jakiś... inny. Nie to, że las czynił go dziwakiem, bo to byłoby dalekie od prawdy. Dziwakiem był na co dzień, w lesie zmieniał się jedynie poziom jego dziwactwa. Był na tyle dziwny, że dzieci ze szkółki kościelnej nazywały go Pan Dziwak, i na tyle szalony, że lokalna straż bała się do niego podejść. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Po miasteczku krążyły różne plotki. Może wychował się wśród zwierząt, może dawno temu doznał wypadku? Nikt jednak nie wiedział, co było prawdą, a co dziwniejsze nikt nie wiedział, skąd Pan Z się wziął. Dziwoty dodaje fakt, że miasteczko okrążone wokół wysokimi na jakieś tysiąc pięćset metrów górami i lasami rozlegającymi się na około dwa tysiące hektarów, od zamierzchłych czasów nie spotkało się z żadnymi zabłąkanymi piechurami lub gościnną wizytą innych ludzi. Było to środowisko hermetyczne, zamknięte na ludzi z zewnątrz, bo i żadnych takich nigdy tutaj nie widziano. Każdy znał wszystkich innych mieszkańców, choć to bardziej zasługa małej ich liczebności. Nikt jednak nie wie, skąd przybył ów Pan Z. Nie mieli też zbytnio okazji się tego dowiedzieć — Dziwak krótko przebywał w miasteczku. O świcie, jeszcze zanim pierwszy kogut w pobliskiej farmie zapiał, budził się i szedł w stronę lasu z kawałkiem papieru i małym czarnym kawałkiem węgla. Wracał stamtąd już po zamknięciu wszystkich sklepików oraz baru, który bądź co bądź otwarty był prawie cały czas. Jednak, gdy już był w miasteczku dłużej, a kilkukrotnie to się zdarzyło, praktycznie nie wychodził ze swojego domku. Czasami szedł w stronę lokalnego zielarza, aby zakupić zioła do celów leczniczych. Tego dnia jednak coś uległo zmianie. Tym razem Pan Z, z kawałkiem papieru w ręce, na którym czarnym węglem nabazgrano coś, co przypominało okrąg z dwoma dziurami, chodził ulicami miasteczka. Podchodził on do ludzi i niczym zwykły człowiek starał się z nimi rozmawiać. „Może zielarz dał mu jakiś lek?” myśleli ludzie, którzy tak zdziwieni tym faktem nie potrafili nawet odwzajemnić przywitania. Ani jednej duszy, która okazałaby choć trochę zimnej krwi, aby w tak szokującej chwili odchrząknąć, chociaż, przywitanie i, być może, w końcu rozwiązać zagadkę tajemniczego Pana Z.