Tereny zielone - prace publiczne
: 25 lipca 2025, 09:48
Dzień pierwszy.
Zjawiam się tu jeszcze przed siódmą. Mgła wisi nisko nad ziemią, jakby nawet powietrze miało dziś zły humor. Nadzorca z urzędu wręcza mi rękawice, chwytak, dwa worki i mówi krótko: „Najpierw kupy, potem kwiaty, na końcu trawniki.” Kiwa głową i znika, jakbym był kolejnym sezonowym ogrodnikiem, a nie człowiekiem od kary.
Ale to nic. Psie kupy nie mają w sobie nic z metafory – są konkretne, realne i liczne. Ruszam w stronę głównej alei. Po kilku minutach przestaję liczyć, ile zebrałem. Psy zostawiają ślady, a ludzie – swoje obojętności. Wózek się zapełnia, rękawiczki wilgotnieją. Tylko jedna starsza pani mówi „dziękuję”. Reszta omija mnie wzrokiem, jakbym był elementem krajobrazu, nie człowiekiem.
Po dziewiątej dostaję nowe polecenie: nasadzenia przy fontannie. Bratki. Nie wiedziałem, że kwiaty mogą wyglądać tak krucho, a ziemia być tak ciepła w dotyku. Palce trochę drżą, może z chłodu, może z niepewności. Wbijam dłonie w glebę, zakopuję korzenie jakby to były wspomnienia, które próbuję schować przed sobą. Z boku przygląda mi się ogrodnik – stary, z chustką pod szyją. Mówi tylko: „Nie gnieć ich. Bratki nie lubią pośpiechu.” Może ja też nie.

Koło jedenastej podchodzi chłopak z biura i pokazuje mi kosiarkę. Mała, hałaśliwa, paliwo w puszce. „Strzyżesz wzdłuż ścieżek, przy ławkach uważaj na korzenie drzew.” Odpala silnik i odchodzi. Trawa stawia opór, ale ustępuje. Zapach skoszonej zieleni unosi się nad parkiem jak obietnica porządku. Koszę równo, dokładnie, zaskakująco spokojnie.
W południe siadam na ławce. Mam bluzę mokrą na plecach, ręce w ziemi, twarz spaloną słońcem. Nikt nie wie, kim jestem. Dla przechodniów jestem cieniem w kamizelce, milczącym porządkiem wśród chaosu.
O trzynastej oddaję sprzęt. Nikt nie mówi „dobra robota”. Ale patrzę jeszcze raz na park – równo skoszona trawa, czyste alejki, bratki przy fontannie. I po raz pierwszy od dłuższego czasu mam wrażenie, że w końcu jest tu porządek.
Zjawiam się tu jeszcze przed siódmą. Mgła wisi nisko nad ziemią, jakby nawet powietrze miało dziś zły humor. Nadzorca z urzędu wręcza mi rękawice, chwytak, dwa worki i mówi krótko: „Najpierw kupy, potem kwiaty, na końcu trawniki.” Kiwa głową i znika, jakbym był kolejnym sezonowym ogrodnikiem, a nie człowiekiem od kary.
Ale to nic. Psie kupy nie mają w sobie nic z metafory – są konkretne, realne i liczne. Ruszam w stronę głównej alei. Po kilku minutach przestaję liczyć, ile zebrałem. Psy zostawiają ślady, a ludzie – swoje obojętności. Wózek się zapełnia, rękawiczki wilgotnieją. Tylko jedna starsza pani mówi „dziękuję”. Reszta omija mnie wzrokiem, jakbym był elementem krajobrazu, nie człowiekiem.
Po dziewiątej dostaję nowe polecenie: nasadzenia przy fontannie. Bratki. Nie wiedziałem, że kwiaty mogą wyglądać tak krucho, a ziemia być tak ciepła w dotyku. Palce trochę drżą, może z chłodu, może z niepewności. Wbijam dłonie w glebę, zakopuję korzenie jakby to były wspomnienia, które próbuję schować przed sobą. Z boku przygląda mi się ogrodnik – stary, z chustką pod szyją. Mówi tylko: „Nie gnieć ich. Bratki nie lubią pośpiechu.” Może ja też nie.

Koło jedenastej podchodzi chłopak z biura i pokazuje mi kosiarkę. Mała, hałaśliwa, paliwo w puszce. „Strzyżesz wzdłuż ścieżek, przy ławkach uważaj na korzenie drzew.” Odpala silnik i odchodzi. Trawa stawia opór, ale ustępuje. Zapach skoszonej zieleni unosi się nad parkiem jak obietnica porządku. Koszę równo, dokładnie, zaskakująco spokojnie.
W południe siadam na ławce. Mam bluzę mokrą na plecach, ręce w ziemi, twarz spaloną słońcem. Nikt nie wie, kim jestem. Dla przechodniów jestem cieniem w kamizelce, milczącym porządkiem wśród chaosu.
O trzynastej oddaję sprzęt. Nikt nie mówi „dobra robota”. Ale patrzę jeszcze raz na park – równo skoszona trawa, czyste alejki, bratki przy fontannie. I po raz pierwszy od dłuższego czasu mam wrażenie, że w końcu jest tu porządek.

