NAGRANIE
Z zamyślenia wybija mnie jakiś dźwięk. Gardłowe, stłumione, monotonne wycie. Podnoszę głowę do góry. Siarczyste, górskie powietrze uderza mnie w twarz, wychładzając oczy i powodując, że usta pierzchną. Wiatr niósł odgłosy odbijane od skalnych ścian. Mógł dobiegać zewsząd.
Podpieram się pięścią, by podnieść się na kolana. Z tej perspektywy dostrzegam jakiś przedmiot wystający ze śniegu. Fragment stelaża plecaka na wyposażeniu wysokogórskim. Adrenalina buzuje w moich żyłach, powodując drżące mrowienie. Przebijam się na czworakach do tego miejsca. Garściami odgrzebuję śnieg. Wtedy dostrzegam jego twarz… Ośnieżoną brodę. Zsiniałe wargi… odmrożony nos.

- Zostaw ją! – mówię, zaciskając pięści i dysząc. Czuję, jak ręce mi drżą.
- Co? - Światło naftowej lampy oświetla napuchniętą od alkoholu mordę i szpakowatą brodę, gdy unosi się nad ciałem dziewczyny.
- Powiedziałem, zostaw ją! – mówię znowu, gotowy nawet złapać go za ramiona i wytargać stamtąd siłą.
Mężczyzna podnosi się jednak z pomrukiem niezadowolenia, ukazując pod sobą wystraszone, wielkie oczy nastoletniej dziewczyny. Wychodzi z namiotu i czeka na śniegu, w środku ciemnej nocy. Podchodzę do niego, nie wiedząc, co dalej powiedzieć.
- Ty durniu. – brodacz zamachnął się i uderzył mnie pięścią, w akompaniamencie lamentującej dziewczyny. Niemal padam w śnieg zamroczony. – Pytał cię ktoś o zdanie, pierdoło? – dopytywał rozjuszony facet.
Wyprostowuję się, lecz nim cokolwiek byłbym w stanie zrobić, dostaję cios z buta.
- To był błąd, że w ogóle cię ze sobą wziąłem. – warczy rozjuszony starzec, rzucając mnie na śnieg. Przyciska mnie kolanem. – Jak chcesz, to giń na tym pustkowiu. Beze mnie nie wyjdziesz stąd żywy! – syczał, a ja czułem, jak resztki jego śliny obryzgują mi twarz…
A. Podjąć akcję ratunkową i ocucić brodacza.
B. Okraść go i przysypać z powrotem śniegiem.
C. Wytaszczyć w bezpieczne miejsce i poszukać pomocy.

