@Joachim Cargalho poprawił sprzączkę w pasie, która dodatkowo usztywniała mocowanie był jego skórzanego ekwipuneku. Kamienie pod jego traperami chrzęściły miarowo, krok w krok w rytmie poruszającego się ciała. Każdy Edel czasem wyruszał w góry, lecz czy umiałby wyrazić swoje odczucia związane z taką wyprawą? Czemu @Joachim Cargalho decydował się na samotne wędrówki? Czy doznawał fizycznego oczyszczenia? Czy zaspokajał swoje męskie pragnienie wyzwań innych, niż tylko towarzyskie spotkania? To wiedział tylko on sam.
Podążał ścieżką w kierunku wysokich partii górskich. Droga prowadziła przez gęsty, mieszany las, których wiele było w Edelweiss. Nikt o nie dbał, zarastały w odwiecznym rytmie, skrywając w swych gęstwinach niejeden mroczny sekret, jaki jednak rzadko kto miał ochotę odkrywać. Panowała tutaj cisza.
Zwierzęta chowały się gdzieś w swoich kryjówkach, a @Joachim Cargalho miał chwilę, by ponieść się swoim rozmyślaniom. Jego myśli płynęły wartko, przewijając się jedna za drugą. Myślał o Edelweiss i jego przyszłości. O Lieselotte i tym, że oddala się od niego. O @Sophie i jej przyszłości u boku @Krzysztof Windsor , o @Isabella Swann , która opuściła ich i ślad po niej zaginął, a także o Oberhaupcie i pogłoskach, jakie przekazała mu jedna z pokojówek w Zielonym Dworku. Co takiego sprawiło, że z zeszłorocznej sielanki i ekscytacji, sytuacja uległa zmianie tak diametralnie? I jakie powinno być postępowanie @Joachim Cargalho w tym wszystkim?
@Joachim Cargalho przystanął, by zaczerpnąć powietrza i napić się wody z bukłaka. Gdy odchylał głowę lekko do tyłu, by wziąć łyka, poczuł jakieś smagnięcie na ramieniu. Spojrzał w prawo i ujrzał, jak po materiale jego kurtki ześlizguje się czerwona wstęga, a potem bezgłośnie opada na listowie u jego stóp. Gdy zaś wniósł głowę w górę, ujrzał zawieszony wysoko na gałęzi plecak. Był rozsunięty i dyndał na jednym z pasków nośnych…
Przygotowania do Edeliebe trwały już od dawna, a Joachim od czasu do czasu przemierzał edelweisskie uliczki, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu. Było jasne, że na pewno tak jest, jednak czuł się zobowiązany zrobić to obejście, by być zauważonym przez mieszkańców. Wracał jednak do swojego domu i zamykał się tam w odosobnieniu, by przygotować się do górskiego spaceru.
Znikał co jakiś czas, oddając się wędrówkom w nieznane. Miał swoje ścieżki, które nie przeplatały się z tymi najczęściej użytkowanymi. Wtedy też stawiał kolejne kroki, by rytmicznie wspinać się w górę, a jego myśli jakby oczyszczały się. Stawał na przeciwko natury, która dawała mu swego rodzaju uczucie prawdziwego katharsis.
Wyjrzał za okno, zerkając w niebo. Pogoda zapowiadała się znakomicie, a słońce tylko od czasu do czasu znikało za kłębiastymi fragmentami porwanych chmur. Dociągnął sznurki małego plecaka, który miał zabrać ze sobą. Nie planował zbyt długiej wędrówki, więc w środku znalazła się wyłącznie niewielka ilość prowiantu. Pokonanie kilkunastu kilometrów górskiego szlaku nie powinno zająć mu zbyt wielkiej ilości czasu. Chciał wrócić przed zachodem, by jeszcze dziś, razem z innymi, świętować Edeliebe.
Pierwsze wzniesienia nigdy nie były dla niego ekscytujące. Męczył się nimi, łapiąc dopiero równomierny oddech. Widoki również nie był tym, czego oczekiwał. Tłumaczył to sobie zawsze tym, iż aby otrzymać nagrodę, musi zawsze trochę się zmęczyć. Szedł więc nieco pochylony, trzymając rękoma paski naramienne, by siłą ciężkości pomóc sobie w pierwszym etapie spaceru. Już przy pierwszej sposobności odbił w kierunku, który nie był zbyt często uczęszczany.
W niższych partiach gór, szlaki te charakteryzowały się wysoko porośniętą trawą, która wzbijała ku niebu swoje źdźbła, nieprzydeptywane przez nikogo. Wyżej, miękki szlak zmieniał się w skalne schody, które ochoczo porastały mchem. Zewsząd dobiegały odgłosy natury, które zajmowały w jego głowie miejsce dotąd chaotycznych myśli. Te ciągle próbowały przebijać się do jego świadomości, prosząc się o chwilę uwagi i udzielenia odpowiedzi. To pewnie był jeden z głównych powodów jego wypraw. Uporządkowanie głowy, która w dolinie była ciągle poddawana wielu bodźcom, tutaj stawała się mu w pełni posłuszna.
Gęsty las, w końcu odsłonił mu krajobraz Kotliny, więc ten postanowił przysiąść na jednej ze skał i oddać się chwilowej kontemplacji. - Ach, ostatnio tyle tutaj robiłaś... - pomyślał sobie o @Isabella Swann, która już dawno postanowiła oddalić się z Kotliny i tylko od czasu do czasu przesyła telegramy z niewiadomego miejsca. Rozłąka to jedno, jednak najbardziej bolał go fakt, iż zawsze na końcu dopisywała ona, iż nie chce wracać w najbliższej przyszłości. Wspominał więc z utęsknieniem jej działalnosć na ostatnim Edeliebe, wiedząc, że tej pustki w tym roku nikt nie będzie w stanie zapełnić.
Przychodził do Edelweiss jako osoba, która chciała być zdystansowana od tego wszystkiego, jednak los sprawił mu ogromnego figla, wrzucając go w środek towarzyskiego życia, a na domiar wszystkiego stawiając przed nim fakt własnej rodziny. Dopiero tutaj miała ona dla niego znaczenie, choć przeszłość wiele razy przeplatała jego życie wieloma wątkami. Trzymał więc zawsze przy sobie swój edelweisski dowód, by nie zapominać kim jest. - EA005 - przeczytał sobie cicho numer wybity w dokumencie i stuknął w niego palcem. Zamknął dokument i z powrotem włożył go do kieszeni.
- @Sophie jak zawsze podąża swoimi ścieżkami - pomyślał sobie, w głębi będąc szczęśliwy z tego jak sobie radzi - A Lieselotte... - uśmiechnął się. Niemalże zawsze pojawia się u niego uśmiech, gdy ona trafi w jego myśli. Tę po prostu taką pozostawił.
Wyciągnął bukłak z plecaka i wziął pełen łyk, a gdy wyginał kark do tyłu, spostrzegł nad jego głową wisi plecak. Jakaś wstążka oderwała się od niego i niemal nie zawisłą na nosie Joachima. Teraz leżała na ziemi,a ten szybko podniósł ją, wstał na równe nogi i jeszcze mocniej zadarł głowę ku górze. Obecność plecaka bardzo go zdziwiła, gdyż wcześniej nie zauważył go, będąc pewien, iż tym szlakiem nikt nie podróżował. Rozejrzał się wkoło, jakby szukając właściciela. Krzyknął nawet - Halo, jest tu ktoś? - jednak odpowiedziało mu wyłącznie echo odbijające się od szczytów z przeciwnej strony. Otworzył scyzoryk w kieszeni - na wszelki wypadek - a w głowie analizował powody, dla których plecak znalazł się właśnie w tamtym miejscu.
Wytłumaczył sobie to tym, iż ktoś po prostu chciał go tam ukryć. Może nieznajomy zdecydował się na jakąś wyprawę, w której dodatkowy pakunek stawałby się wyłącznie niepotrzebnym ciężarem. Postanowił więc dobrać się do niego, tym bardziej, iż z dołu dało się zauważyć, iż jest on już teraz otwarty. - Skoro ktoś go tam umieścił, można też łatwo go zdjąć - trzymał się już swojej tezy i nie baczył na inne możliwości. Zerkał więc na pień i wystające z niego kolejne gałęzie, które miały mu ułożyć drogę do celu.
Wciągniecie się na pierwszą z nich było najtrudniejszym wyczynem. - Zawsze początek jest najgorszy - zaczął sobie gadać w myślach - tak samo na szlaku; tak samo z kobietami... - i znowu się uśmiechnął, podciągając się na konar, który w końcu oplótł nogami. Stanął na nim, przytrzymując się grubego pnia. Dalej, było już łatwiej, aż w końcu dotarł do plecaka, który zwisał na jednej z gałęzi. Przytrzymując się innej, wychylił się w jego kierunku, chcąc strącić go niżej, tak by spadł. Nie było to wcale takie łatwe, ale w końcu mu się udało, a plecak z hukiem wylądował na ziemi. Joachimowi pozostało zejść w bezpieczny sposób, tak by nie powtórzyć lotu plecaka. Będąc uważnym, pospiesznie stąpał po kolejnych konarach, by w końcu zeskoczyć na ziemię. Otrzepawszy ręce z brudu, podszedł, by zerknąć do środka tajemniczego bagażu...
Gdy @Joachim Cargalho wziął do ręki wstążkę, zorientował się, że była ona czerwonego koloru, oberwana z obu stron i lekko przypalona. Nie miała żadnych oznaczeń i była raczej krótka, choć dość szeroka.
- Halo, jest tu ktoś? - @Joachim Cargalho odpowiedziało głuche, leśne echo, które szybko wchłonęły korony drzew.
@Joachim Cargalho zdecydował się wspiąć na drzewo, a ponieważ wspinaczka na drzewach nie stanowiła dla niego nowości, szybko znalazł się na odpowiedniej wysokości i z wprawą strącił go na ziemię.
Nim jednak zdecydował się zeskoczyć, coś przykuło jego uwagę… Znajdował się na tyle wysoko, że mógł obserwować korony drzew na sporej odległości. Dostrzegł, że jakieś półtora kilometra od niego, ze strony leśnej gęstwiny, nad lasem unosi się pojedynczy snop dymu.
Gdy zeskoczył na listowie, mógł przyjrzeć się plecakowi. Był rozsunięty tylko w części. Suwak uszkodził się, przez co nie dało się go już zasunąć. Materiał plecaka był w kilku miejscach mocno przedarty. Wyglądał jak typowy plecak użytkowy – dwa ramiona. Jedna duża, jedna mała kieszeń. Lokalna marka Nadel. Materiał zwykły, nieprzemakalny. Wzór męski, czarno-granatowy. @Joachim Cargalho z doświadczenia wiedział, że ktoś dobrze przygotowany do wyprawy w góry nie zabiera tego rodzaju plecaka, lecz taki, który można również zapiąć w pasie i przytroczyć śpiwór i lampę. Wielka kieszeń pozostawała pusta, a w małej znalazły się nieopatrzone żadnym oznaczeniem klucze, chusteczki higieniczne, w tym dwie zużyte oraz kilka cukierków, landrynek o smaku miętowym.
Offtop: w swoim poście zawrzyj:
- Czy zabierasz, czy porzucasz plecak
- Czy idziesz w kierunku dymu (przy czym zaznaczam, że pójście w tamtym kierunku wymaga odejścia od ścieżki
- Napisz w tym momencie, co dokładnie zawiera twój ekwipunek. Później nie będziesz mógł już nic więcej dopisać do ekwipunku – do 5 przedmiotów (przy czym będziesz mógł go uzupełniać znalezionymi przedmiotami)
Jeszcze z ostatniej gałęzi zerknął na rozciągający się krajobraz, jednak ciekawość co do plecaka całkowicie zajęła jego uwagę. Szybko zlustrował jego zawartość, która nie przyniosła żadnych wielkich odkryć.
W środku zadzwoniły klucze, które wyciągnął na chwilę i popatrzył na nie - mam nadzieję, że pamiętasz gdzie zostawiłeś ten plecak, inaczej nie wejdziesz do domu - zaśmiał się w duchu, wrzucając je do środka. Zerknął raz jeszcze w górę, jakby zastanawiał się, czy jest sens umieszczać go tam z powrotem. Postanowił jednak oprzeć go o pień drzewa, tak by nie był widoczny ze szlaku. Zostawił sobie tylko wstążkę. Ta o dziwo nie wyglądała na taką, która mogła się oderwać od plecaka.
Stanął raz jeszcze na skarpie i rozejrzał się, chcąc teraz w skupieniu przyjrzeć się słupowi dymu, który wcześniej widoczny był z drzewa.
Miał nadzieję, że to nie pożar - te w gruncie rzeczy zdarzały się naprawdę rzadko, jednak w czasie suszy były ciężkie do opanowania na górzystym terenie Edelweiss.
Zastanawiał się, czy powinien zawrócić i powiadomić straż, czy też wierzyć, że stróże w porę zauważyli dym i sami wszczęli alarm. Przyglądał się temu i sam przypuszczał, że to po prostu ognisko, które ktoś nierozważnie rozpalił pośrodku leśnej gęstwiny. Szary dym świadczył o mokrym drewnie, którego użyto.
Spojrzał jeszcze raz na plecak, który leżał pod pniem drzewa. - Ech, wszędzie amatorzy... Później dziwią się nieszczęściom. - stwierdził trochę z pogardą.
Próbował zlokalizować miejsce paleniska, dlatego wyjął swoją mapę, przeglądając dostępne szlaki. Szybko jednak odpuścił. Nie miał ochoty na utarczki z innymi ludźmi. Zamiast tego, postanowił kontynuować swoją wędrówkę.
Zamknął scyzoryk, który miał w kieszeni, a mapę schował z powrotem wtykając go do notesu z ołówkiem znajdującego się w plecaku, w którym miał jeszcze bukłak i niewielki zapas jedzenia. Ubrał go z powrotem na siebie i ruszył dalej, zapominając o całej sprawie.
Rzadko mu się to udawało, ale starał się całkowicie wyrzucić myśli z głowy...
Szlak powoli stawał się bardziej stromy. On jednak miarowo stawiał kolejne kroki, zdobywając kolejne metry.
Gdy górskie szlaki, plotą swój warkocz,
A kroki stawiam tu w samotności
W dolinie zostawiam myśli w szufladzie,
W tym wobec Ciebie brak obojętności.
Idąc samotnie, jest brak mi czegoś,
Jakby mi nogę jedną urwało
Będąc tu sam, bez Ciebie, Droga
Jakby i części mojej zabrakło.
Układał w myślach wiedząc, że po powrocie będzie chciał udać się do peterkowej skrzyni.
@Joachim Cargalho ruszył dalej swoim szlakiem. Szybko zorientował się, że ta wyprawa w góry najwidoczniej nie miała należeć do prostych i sympatycznych. Wkrótce bowiem niebo zasnuły ciemne chmury. Otoczenie stało się ponure, górski chłód został znacznie spotęgowany. A niebawem zaczął padać rzęsisty deszcz, który dodatkowo w zetknięciu z rozgrzaną ziemią przemieniał się w gęstą mgłę. Widoczność zmniejszyła się zdecydowanie. Mężczyzna z trudem rozpoznawał na odległość dalszą niż 5 metrów. Po głowie wędrowca zaczęła przewijać się powracająca jak bumerang myśl. Czy powinien zawrócić? Czy jednak deszcz niebawem minie?
Szedł jednak jeszcze jakiś czas przed siebie, zmagając się z trudami tej wędrówki i męczącymi myślami, gdy przed jego oczami ukazał się kolejny widok. Niewiele obrazów na świecie może bardziej popsuć nastrój na wycieczce, niż to, co rysowało się w oddali. Jakieś sto metrów dalej ujrzał ludzką sylwetkę majaczącą za rzęsistym deszczem w koronach drzew. Zwisała bezwładnie, lecz na tyle daleko, że ciężko było ją rozpoznać. Lub powiedzieć cokolwiek więcej na jej temat. Poza tym, że wyglądała, jakby mała na sobie długi płaszcz. Jej głowa opadała na klatkę piersiową.
Ciemne chmury zaczęły wypiętrzać się ponad górskie wzniesienia, a to nie zwiastowało niczego dobrego. Przysiągłby, że podczas weryfikacji zapowiedzi pogodowych, nic nie zwiastowało takiego nagłego załamania, jednak górska pogoda nieraz lubiła płatać figle. Miał szczerą nadzieję, że burza szybko oberwie chmury i nie dotrą one do centrum Doliny, w której przygotowania do Edeliebe trwały w najlepsze.
Wiatr stawał się coraz bardziej porywisty, a ptaki obniżyły swoje loty, od czasu do czasu przysiadając na gałęziach drzew, by odpocząć po walce z siłami natury. Kruki gdakały głośno, jakby chciały przekazać ostrzeżenie - lub też złorzeczyć nieostrożnemu podróżnikowi.
Ponura aura w mig zmiotła dotychczasowe rozważania Joachima, a rymy, które do tej pory składał, szybko zostały zastąpione wewnętrznymi dywagacjami dotyczącymi nadchodzącej pogody. Szczęśliwie, znał doskonale edelweisskie szlaki górskie i był przekonany, iż w razie ulewy, będzie mógł się schronić w jednej z licznych grot, które wieki temu sobie znaną historią, wyżłobione zostały w skałach.
Poczuł kolejne krople deszczu, które przebijały się przez gęsto porośnięte drzewa. Ulewa przyszła zdecydowanie dużo szybciej, niż się spodziewał, więc przyspieszył kroku, by dotrzeć do miejsca, które zaplanował sobie jako ewentualne schronienie. Dotąd słoneczna aura, zmieniła się diametralnie, a mrok jaki spowił okolicę mógł sprawiać wrażenie nadejścia nocy.
Wzrok wbijał w ścieżkę, która powoli zamieniała się w niewielki potok, pełen pułapek dla każdego, kto nieostrożnie stawiałby swoje kroki. Podniósł jednak oczy ku górze, by zorientować się w trasie, ale to, co zobaczył wprawiło go w osłupienie. - O ja pierdolę... - powiedział głośno, widząc przed sobą wisielca. - Czy wy jesteście poważni? - rzucił pytanie, nie kryjąc w tej chwili swojego poirytowania wobec działalności gatunku ludzkiego.
Podbiegł czym prędzej do wisielca, jednak już z daleka widać było, iż ciało to wisi tu jakiś czas. Ciało bezwładnie poddawało się siłom grawitacji, a przed upadkiem powstrzymywała je jedynie obecność sznura. Niecodzienna ciemność, jaka panowała w czasie burzy nie pozwalała Joachimowi zidentyfikować nawet płci, a sprawę utrudniał założony na głowie czarny kaptur płaszcza.
Odchylił głowę do tyłu, dając kolejnym kroplom deszczu spaść wprost na jego twarz. Zamknął oczy na chwilę i głośno westchnął. W końcu podjął decyzję o odcięciu denata. Wisiał na tyle wysoko, że Joachim musiał poszukać jakiegoś podestu, by sięgnąć zawiązanej wokół szyi liny. Niezbyt pewna konstrukcja, z leżących nieopodal fragmentów skał zdała egzamin, a po kliku cięciach scyzorykiem, ciało opadło na ziemię.
Kruki poderwały z drzew, jakby świętowały triumf śmierci nad życiem. Joachim zaś spojrzał na truchło które opadło brzuchem na ziemię. Trącił je nogą, by zmienić jego ułożenie, odwracając je na plecy. Teraz mógł się mu dokładnie przyjrzeć. W planach miał przeczesanie kieszeni, chcąc poznać dokładną tożsamość denata.
@Joachim Cargalho nie wahał się ani chwili dłużej. Napędzony adrenaliną podbiegł do wisielca. Deszcz spływał po jego twarzy i ciele, zmoczył mu włosy i ubrania. Gdy stanął pod drzewem, zaczęło docierać do niego, jak bardzo pomylił się jego umysł, podsuwając mu najróżniejsze mroczne scenariusze, tkwiące gdzieś głęboko w jego podświadomości, zwiedziony przez półmrok i sieczące strugi deszczu. Wzniósł głowę do góry, serce wciąż waliło mu w piersiach, choć chłód wody zaczynał wpływać otrzeźwiająco, gdyż okazało się, że z drzewa zwisa spadochron omotany w nieładzie o pień drzewa.
Liny i materiał owinęły się o drzewo oraz spadochroniarza, który wciąż zwisał z głową zwieszoną w dół. Był to mężczyzna w powycieranym i nadpalonym w kilku miejscach uniformie pilota i z kaskiem, spod którego wystawały mokre od deszczu strąki włosów. Miał osmoloną, brudną od przyschniętych rzygowin i otartą twarz. Ze strugami wody spływały również krople krwi z jego ran na twarzy i całym ciele. Wisiał na kilku poplątanych sznurach, uwiązanych do uprzęży na klatce piersiowej, zapiętej dwoma solidnymi sprzączkami.
Wyglądał na martwego. Już od dłuższego czasu. Nie poruszał się, nie reagował na słowa ani gesty. Gdy @Joachim Cargalho wspiął się na drzewo i zamierzał przeciąć liny, by opuścić nieboszczka na ziemię, dopiero wtedy dosłyszał ciche mamrotanie dobiegające z jego ust.
- Nic nie słyszę… nic … nie słyszę. Nic nie słyszę…
W głowie układał sobie dalszy scenariusz zdarzeń, widział beznamiętny wzrok wisielca, który wbija w niego mętne ślepia. W biegu zaciskał już pięści, by czym prędzej odciąć go od śmiercionośnego sznura. Dźwięki burzy dodawały temu grozy, a latające kruki powodowały mroczny klimat miejsca.
W końcu dobiegł pod - zdawać by się mogło - wiszącego trupa i odkrył, że jego fantazja zaszła zbyt daleko... - Co do cholery... - gadał do siebie głośno, nie chcąc tłumić emocji.
Kawał poszarpanego materiału oplatał pień i gałęzie drzewa, zwisając ciężko pod nasiąknięty deszczem. Ciało wyglądało jednak jeszcze gorzej, niż we wcześniejszych wizjach Joachima. Brudne, jakby nadpalone, oblepione Bóg wie czym, ale zdawać by się mogło, że nadal żywe.
Napięte sprzączki nie dały się tak łatwo rozpiąć, a więc musiał rozciąć je swoim scyzorykiem, starając się zneutralizować skutki upadku. Pech chciał, iż nieszczęśnik zawisł na tyle wysoko, iż niemożliwym było całkowite uniknięcie spotkania z ziemią.
Ostatnia z linek urwała się pod jego ciężarem i ten mocno uderzył o ziemię. Może właśnie to zdarzenie przywróciło w nim chęci do życia. Leżąc w błocie mamrotał coś, oddychając ciężko.
Joachim odwrócił go na bok, wyciągając z obrzydzeniem pozostałości jakieś mazi z jego ust. Nachylił się nad nim, próbując usłyszeć słowa, które próbował wypowiedzieć...
- Nic nie słyszę… nic … nie słyszę. Nic nie słyszę…
- Halo! Żyjesz? - pytał głupio, trzaskając go lekko po policzku.
Wyciągnął z plecaka bukłak z wodą i przystawił mu do ust, by mógł się napić.
Szczerze nie miał pojęcia co powinien teraz robić, a jego działania były czystą improwizacją. Zerkał na spadochroniarza z wielkim zaszokowaniem, lustrując go od stóp po głowę, szukając jakiś znaków, które mogłyby zdradzić z kim ma do czynienia.
- Słyszysz mnie? - zapytał raz jeszcze, mając nadzieję że ten w końcu odzyska przytomność. - Jak się nazywasz? Kim jesteś? - darł się, mając nadzieję, że ten go w końcu usłyszy.
@Joachim Cargalho musiał zadać sobie sporo trudu, żeby odciąć odpowiednie linki i sprowadzić mężczyznę na ziemię. Zajęło to sporo czasu. Na szczęśćie wkrótce deszcz zelżał, lecz z pewnością miało się ku zachodowi. Ranny nie próbował w żaden sposób amortyzować upadku. Po prostu runął na namokniętą ziemię niczym bezwładna kukła. Przez chwilę zamilkł, przez co wydawać się mogło, że to uderzenie dobiło go całkowicie.
@Joachim Cargalho obrócił go z trudem, bo ciało wyślizgiwało mu się z rąk od wody. Gdy jednak udało mu się przewrócić go na bok i wyciągnąć rzygowiny z ust, wyczuł słabe tętno.
Spadochroniarz zamarł w bezruchu. Wciąż nie otwierał oczu, ale w końcu jego usta zaczęły się poruszać.
- Doktorze Neumann? Doktorze … Neumann. To ty? – zaczął z trwogą w głosie. – Nic… nie słyszę. Wybuch… chyba pozbawił mnie słuchu i oślepił. – po tych słowach zaczął siarczyście kaszleć, a po dłuższej chwili wypluł sporą flegmę zmieszaną z krwią. – Umieram. Zostaw mnie. Lepiej ratuj ją… - po tym słowie obrócił głowę na bok.
Po dłuższej analizie @Joachim Cargalho mógł stwierdzić, że mężczyzna ubrany był w strój typowy dla niekomercyjnego oraz niewojskowego pilota. Miał na głowie kask i zapewne wcześniej też mikrofon, który spadł mu z głowy. Jego uniform zakrywał większą część ciała, lecz po przetarciach można było stwierdzić, że być może skrywa rozległe rany.
Teraz obaj byli cali w błocie, które spływało z ich ubrań w strugach rzęsistego deszczu. Spadochroniarz nie był wstanie wydusić z siebie pełnego zdania, powoli poddając się agonii. Wyglądał przerażająco, a Joachim zupełnie nie wiedział w jaki sposób jest w stanie mu pomóc.
- Doktorze Neumann? Doktorze … Neumann. To ty? –
Zdawało mu się słyszał z jego ust, a słowa te sprawiły, że jeszcze mocniej uderzyło jego serce. Neumann nierozerwalnie był łączony z jego córką. Jeszcze w swojej aktywności w Kotlinie, odznaczali się niezwykłym zaangażowaniem, teraz zostawili po sobie pustkę.
– Umieram. Zostaw mnie. Lepiej ratuj ją… -
@Isabella Swann, już tak dawno wyjechała w nieznane. Wspomnienie o jej partnerze od razu przywiało mu na myśl jej powrót. Chwycił więc spadochroniarza za ramię, który dokonywał żywota i próbował wyciągnąć jakieś informację. - Znasz Neumanna? Był z Tobą? Był ktoś jeszcze? - pytał, próbując go ocucić. Ten jednak charczał już coraz głośniej, a wypowiadane przez Joachima słowa zupełnie nie robiły wrażenia.
Zerwał się na równe nogi, odwracając od niego. Jakby powoli tracił nadzieję, nie tylko na uratowanie go, ale również rozwiązanie całej tej zagadki. - Cholera... - burknął i rzucił się do plecaka, przypominając sobie o słupie dymu, który widział dużo wcześniej. Po tym wszystkim, w jego głowie pojawiło się już wiele rozterek, w tym te które wcześniejszą wizję nieumiejętnie palonego ogniska rozsypują w pył, stawiając na ich miejscu wizję rozbitego aeroplanu lub zwykłego znaku wołania o pomoc. Wyciągnął mapę, pamiętając jak wtedy mniej więcej ocenił położenie źródła dymu. Był teraz jeszcze dalej...
Spojrzał z wyrzutem na leżącego mężczyznę, mając żal i do siebie, że nie potrafi mu pomóc, i jednocześnie do niego, że ten nie jest w stanie dać mu jakichkolwiek wskazówek.
Mógł wrócić w dół, wołając o pomoc; mógł iść na samotną wędrówkę, licząc, że natrafi na tych, którzy byli w potrzebie. Liczył, że może jeszcze pomoc mężczyźnie, który leżał obok niego. W głowie układał najróżniejsze scenariusze, ale w każdym z nich najważniejszy był czas.
Wrócił do spadochroniarza, chcąc sprawdzić jego funkcje życiowe... A później przeszukał mu kieszenie myśląc, że ten może ma coś, co mogłoby się przydać.