Edelweisski rok 1926 przynosi nam kolejną odsłonę Schmelzfestu . Piętnaście dni radości od pierwszego do piętnastego marca… W Kotlinie Edelweiss, na Polanie Wolności, znów rozbrzmiewa śmiech, szczęk drewnianych bali i nawoływania niosące się echem po zboczach.
Jak przystało na naszą szarotkową tradycję, początkiem wszystkiego jest ognisko. Wspólna biesiada. Nie jest to byle jakie ognisko. To ogień, który ma symbolicznie roztopić resztki zimy i rozpalić w sercach Edli nową energię.
Organizatorzy nie próżnowali. Już od świtu słychać było rąbanie, trzask łamanych gałęzi i szelest znoszonej ściółki. Jedni znosili chrust z pobliskiego boru, inni taszczyli ciężkie pnie, a jeszcze inni z nabożnym skupieniem układali stos, by był godny tej chwili. Próba generalna odbyła się ponownie pod czujnym okiem komendanta edelweisskiej straży ogniowej ze Stadt, Herr Anselma Untergunthera. Płomień buchnął ochoczo (warto dodać, że nikt nie zginął, nikomu nawet brwi się nie zapaliły

) i pewnie, jakby sam wiedział, że oto jutro rozpoczyna się święto.

Stragany i kramy wypełniały się towarami: rękodziełem, pachnącym pieczywem, rozgrzewającymi trunkami i drobnymi cudeńkami, które tylko w te dni znaleźć można. W tłumie krząta się też dawno niewidziana Frau Isabella Neumann-Swann. Już jakiś czas temu wróciła zza mórz i dolin, a jej obecność jakby uradowała niejedną lokalną duszyczkę. Uśmiecha się dyskretnie, jakby chciała powiedzieć, że nie wszystko, co odchodzi, ginie na zawsze. Tak w gruncie rzeczy było. A roboty w tym roku miała sporo! Sama zaangażowała się w kilka sztandarowych projektów Roztopów Edelweiss.

Choć w tym roku nie ma z nami Frau Lieselotte Augentrost, niezawodnej faktotum i prawej ręki organizacyjnego zamętu, a także Her Joachima Cargalho, który jeszcze do niedawna dźwigał podobne brzemię, to ich ducha czuć w każdym dopiętym guziku i w każdym równo ustawionym stole. Bez nich nie byłoby tego co jest dzisiaj…
- „Poszli wysoko w góry” , mawiają ludzie, z powagą i ciszą w głosie. A kiedy patrzymy na szczyty o świcie, niejeden z nas myśli, że tam, ponad chmurami, spoglądają na nas przychylnie i być może jutro, a być może za lat kilka, ale wrócą.
Brakuje zresztą niejednego Edla. Tęsknota czasem przemknie jak chłodny powiew między stoiskami. Lecz w tej tęsknocie jest i wdzięczność, za to, co było, i za to, że możemy trwać dalej.
Wtem, jakby chcąc odpędzić zbytnią zadumę, donośnym głosem odezwał się Herr Hagyma Zoltan, gestor samego oberhaupta Grünera. Jak w zeszłym roku zaprosił śmiałków, tych młodych i tych już bardziej doświadczonych życiowo. Tych z silnymi ramionami i tych z niezwyciężonym hartem ducha…Wszyscy mieli stanąć w szranki konkursu na „Ogniomistrza Schmelzfest roku 1926”. Wymagania niezmienne: wytrwałość, siła i odwaga, a nade wszystko „serce” do płomienia.

Tymczasem sam oberhaupt Grüner przechadza się między ludźmi w wyjątkowo dobrym humorze, a u jego boku mignęła ostatnio postać nowej towarzyszki, Sophie. Może to go właśnie raduje? Kobieta znana jest z licznych mniej lub bardziej znanych przedsięwzięć, które docenił nie tylko sam oberhaupt, ale i obywatele Szarotkowej Krainy. Któż wie, może to właśnie ona przyniesie Kotlinie odrobinę świeżej wiosny? Po cichu na to liczymy!
Tak czy inaczej… choć czas płynie, a jedni wyruszają wysoko w góry, inni wracają zza mórz, my tu, na Polanie Wolności, trwamy razem. Śmiejemy się, pracujemy, wspominamy i patrzymy w ogień, który łączy „pokolenia”.
I dlatego, mimo wszystkiego, radujemy się wspólnie, bo na tym to polega, tworzymy wspólnotę jakiej nie ma w całym mikroświecie.
Dlatego z ogromnym zapałem zapraszamy wszystkich mieszkańców Pollinu: starych druhów, nowe twarze i tych, co w sercu noszą symbol naszego narodu, na wielkie ognisko Schmelzfest 1926.
Niech płomień zapłonie wysoko.
[Wiem, że to powinno nastąpić jutro, ale jutro nie wiem czy będę miał czas na mikro]
CHĘTNI NA OGNIOMAJSTRA?