Grüner szedł ostrożnie...Nowe położenie przywitało go zupełnie innym powietrzem niż dolny las. Tu wiatr był chłodniejszy i ostrzejszy, niosący zapach mokrego kamienia oraz topniejącego śniegu. Zbocza gór wciąż pokrywały nieregularne płaty bieli, lecz pomiędzy nimi coraz śmielej wychylała się ciemna, nasiąknięta wodą ziemia i splątana kosodrzewina. Roztopy dopiero się zaczynały,a to oznaczało zdradliwe podłoże.
Mzśliwy każdy krok stawiał z rozwagą, wiedząc, że but może nagle ześlizgnać się po wilgotnym kamieniu albo ugrząść w błocie. W takich warunkach jeden nieuważny ruch potrafił zdradzić jego obecność donośnym trzaskiem lub, co gorsza, skończyć się nieprzyjemnym poślizgiem na stromym zboczu.
Po chwili zatrzymał się na niewielkiej półce skalnej.
Na moment poprawił strzelbę na ramieniu, po czym sięgnął do kieszeni płaszcza po lornetkę. Przyłożył szkła do oczu i zaczął powoli omiatać nimi zbocza.
Najpierw przyjrzał się pasowi kosodrzewiny. Potem przesunął wzrok ku skalnym uskokom. Wreszcie podniósł lornetkę wyżej, ku połaciom śniegu zalegającym w cieniu grani.
W czasie roztopów zwierzyna często wychodziła na granicę śniegu i odsłoniętej ziemi. Tam najłatwiej było znaleźć świeże pędy i trawy uwolnione spod lodu. Jeśli gdzieś w tych górach miał pojawić się kosiał albo inny górski zwierz, to właśnie w takich miejscach.
Oddychał spokojnie, a z ust unosiła się cienka strużka pary. Wysoko w górach cisza była niemalże absolutna. Jedynie wiatr przesypywał drobiny śniegu po kamieniach, a gdzieś w oddali cicho skrzypiał topniejący lód.
Dla myśliwego było to miejsce idealne. Pozostawało mu tylko jedno czyli patrzeć, czekać
I mieć nadzieję, że gdzieś pomiędzy skałami znów zamajaczy biała sylwetka zwierzyny. I pojawiła się...
POLOWANIE:
1d100