Przed wejściem do zielonego dworku zgromadziło się kilka osób. Był to widok nietypowy od dłuższego czasu, gdyż Pani Augentrost ostatnimi miesiącami nie była obecna w domu. Fakt, iż coś działo się przed głównymi drzwiami świadczyło o tym, że z pewnością pojawiła się z powrotem, a pogłoski o jej rzekomej v-śmierci można było wsadzić między bajki.
Dzień zapowiadał się na jeden z tych przyjemnych w okresie wiosennym. Słońce dogrzewało, a wtórował mu lekki powiew orzeźwiającej górskiej bryzy, co w tym połączeniu zachęcało do aktywności na zewnątrz.
Pani Augentrost stała pod schodami prowadzącymi do wejścia, dłonie miała splecione przed sobą. Jej spojrzenie spoczywało na dwóch mężczyznach w roboczych ubraniach, którzy z pochmurnymi minami mocowali do frontowej elewacji nowy, świeżo nadany herb rodowy, który sprawiał, że ich pracodawczyni stawała się jeszcze bardziej nobilitowana niż dotychczas, pogłębiając tym samym w sposób nie, jeszcze jakby nie do końca oswojony z miejscem. Tarcza lśniła nowością, lecz linia rysunku i kolorystyka zdawały się stworzone właśnie dla tego dworku, jakby czekały jedynie na ten moment, by dopełnić jego architektoniczny kunszt.
Była ubrana z tą dyskretną elegancją. Suknia w jasnym, przytłumionym odcieniu zieleni miękko opadała na sylwetkę, podkreślając jej smukłość bez cienia ostentacji. Kapelusz, osadzony nieco niżej niż nakazywała moda, rzucał delikatny cień na jej twarz, czyniąc spojrzenie jeszcze bardziej zamyślonym.
Kiedy mężczyźni poprawiali uchwyty, Lieselotte patrzyła na nich, lecz myślami krążyła, jak zwykle, w rozległym świecie swojej bogatej wyobraźni. Było w niej coś nieodmiennie marzycielskiego, lecz od pewnego czasu marzenia miały w sobie więcej ciszy niż dawniej. Odkąd Joachim się wyprowadził, pewne tematy zamknęła dla siebie bez żalu, choć ze swego rodzaju przytłumionym niezdefiniowanym uczuciem, które sprawiało, że miała w sobie wiele niezdecydowania i jakby niechęci względem otaczającego ją świata. W istocie mogłaby rzec, że w tamtym momencie zamknęła wiele towarzyskich furtek, które dotąd pozostawały lekko niedomknięte. A to sprawiało, że pragnęła odszukać w sobie równowagę, a szczęścia poszukać w innych aktywnościach, niż miłostki bez wzajemności. Postanowiła skupić się na sobie i na córkach, na prostych porankach i spokojnych wieczorach, które nie domagały się niczego poza obecnością. Pozwolić sobie na życie bez ciągłego bycia „kimś” dla innych.
-
Czy teraz dobrze, Pani Augentrost? Daliśmy nieco w lewo i w dół, ale nie za nisko, jak Pani chciała. – powiedział Pan Złota Rączka, starając się opanować wzbudzającą się irytację.
-
Tak, dokładnie tak.— powiedziała cicho, widząc, że herb wreszcie osiadł na swoim miejscu. -
Dziękuję Panom za pracę. Możecie odejść. – rzekła stanowczo. Bardziej stanowczo niż kiedykolwiek dawniej.
Gdy odeszli, spojrzała jeszcze raz na herb i uśmiechnęła się ledwie zauważalnie. Może nie mówiła tego otwarcie, ale cieszyła się, że go dostała. Gdyż była to jedna z nielicznych rzeczy, na które faktycznie sama zapracowała. Których nie odziedziczyła ani nie otrzymała od żadnego partnera. Ktoś mógłby rzec, że to tylko herb, nic nie znaczy, poza tym, że ładnie wygląda na murze, ale dla niej było to coś ważnego. Tym bardziej, że w tym momencie życia, bez dalszego oglądania się za siebie, mogła tworzyć coś swojego. Szczerego i prawdziwego.