Cichy szept w deszczową noc
Noc była ciemna, mglista, a z nieba siąpił drobny deszcz, było nieprzyjemnie, tak szaro, buro i ponuro.
Siedziałam przy kominku owinięta w gruby koc, popijając gorącą czekoladę, czytałam książkę.
Nie mogłam zasnąć, a trzeba wam wiedzieć, że było już dość późno i tylko wiatr z lekka poruszał gołymi jeszcze gałęziami drzew.
Cały salon w tej ciemnej zasłonie z lekko tlącym się ogniem z kominka wyglądał magicznie, ale i lekko upiornie.
Fusel leżał na legowisku i drzemał, nagle obudził się, zaczął obwąchiwać drzwi, otworzyłam, pobiegł prosto pod drzwi wejściowe.
Wróciłam do czytania książki, kiedy usłyszałam cichy szept
"Nie mam domu, nie mam strawy, wpuści kto łaskawy".
Myślę sobie, że już od tego czytania chyba mam omamy słuchowe, ale jakoś nie zrobiło to na mnie wrażenia i wróciłam do swojego zajęcia.
Minęła chwila kiedy usłyszałam, że Fusel dziwnie miota się przy drzwiach wejściowych, otworzyłam je i wypuściłam psiaka na zewnątrz.
Po chwili słyszę ponownie
"Nie mam domu, nie mam strawy, wpuści kto łaskawy".
Teraz przyznam, że choć strachliwa nie jestem, to lekko mnie to postawiło w stan czuwania.
Otworzyłam drzwi, wyszłam na ganek, spojrzałam, a tu nie widać żywego ducha, tylko Fusel obgryza jakiś patyk, zawoła go do domu.
Sprawdziłam, czy zamki w drzwiach mam sprawne i poszłam do sypialni.
Już prawie zasypiałam, kiedy słyszę te same znajome szepty
"Nie mam domu, nie mam strawy, wpuści kto łaskawy", myślę, że zaraz się z tym czymś rozprawię, zapaliłam świecę, wyszłam na korytarz i mówię, "czy jesteś żywy, czy martwy wyłaz i pokaż się! ", a tu cisza...
Tylko Fusel jakiś taki niespokojny...
Na wszelki wypadek zeszłam do kuchni, wzięłam pęczek białej szałwii i zaczęłam okadzać mieszkanie, a tu nagle słyszę cichutkie kichnięcia,
myślę sobie "mam cię gagatku".
Nagle zza kotary wyłonił się maleńki człowieczek, nawet Fusel był zaskoczony, bo stanął jak wryty.
Stoję i patrzę na to coś, a to patrzy na mnie i sytuacja robi się dziwna.
Psa wysłałam na legowisko, podchodzę do tego stworka i pytam
"Kim jesteś i co tu robisz?"
Chwila ciszy i słyszę
"Jestem leśnym elfem, skrzatem po waszemu chochlikiem, szukam ciepłego miejsca i strawy, gdzie nie pójdę, wszędzie mnie wypędzają, krzycząc, że chochliki to zło i nawet kromki chleba nie dadzą. Mimo iż wiem, że jesteś wiedźmą, przyszedłem do ciebie."
Spojrzałam na tego stworka i mówię
"No nie ma się czemu dziwić, jesteście znani z dość psotnego usposobienia, a poza tym muszę przyznać, że odważny jesteś jak na skrzata."
Chochlik spuścił głowę, miał już sobie pójść, kiedy powiedziałam
"Ale to nie znaczy, że puszczę cię głodnego".
Naszykowałam mu zawiniątko z jedzeniem, trochę ziółek do picia i powiedziałam, aby do rana przenocował w domu, bo na zewnątrz nadal siąpił deszcz, a sama udałam się do sypialni.
Rano kiedy wstałam, nie było już chochlika, ale za to podłoga w salonie nigdy nie była tak wypolerowana, a na stoliku leżało małe zawiniątko.
Otworzyłam i ze zdumieniem odkryłam sporą bryłkę złota i napis na strzępku papieru
"Nie wszystkie liście zimą opadają z drzew, nie wszystkie jabłka są robaczywe i nie wszystkie chochliki są psotne."
Przyznam, że zrobiło mi się głupio, ale i ucieszyłam się z prezentu. Od tej chwili w każdy pochmurny i wietrzny wieczór wystawiam na ganek miseczkę z jadłem i pojemnik z piciem, wstaje rano i zawsze jest pusto, a na wycieraczce leży kwiatek polny lub nasiona roślin.
