Zaspałem!
To pierwsze, co dziś zrobiłem niezgodnie z regulaminem – i jedyne, co dało mi chwilę prawdziwego spokoju.
Obudziłem się z głową w poduszce i ze snem jeszcze w oczach – takim miękkim, lekkim snem, jakiego nie miewałem od lat. Śniły mi się… myszki. Te ze schroniska, co zwykle zrywają mi worki na śmieci i zostawiają bobki w piaskownicy.
Ale w śnie – były inne.
Siedziały mi na kołdrze. Miały kokardki, maleńkie okularki, jedna z nich parzyła herbatę z listków pokrzywy. Bawiły się we włóczkę, urządzały przedstawienie z liści i pajęczyn, a jedna zasnęła na mojej dłoni.
I wiesz co? Obudziłem się z uśmiechem. Z uśmiechem! Ja – Joachim Cargalho, skazany na społeczny odkup, na wieczne grabienie po cudzych pupilach – miałem dobry poranek.
Choć był opóźniony.
Wpadłem do parku jak przeciąg – bez śniadania, z koszulą włożoną tylko w połowie i smyczą Nunusia zwisającą z kieszeni. Zamiast karcenia, spotkało mnie... milczenie. Może dlatego, że przez ostatnie dni wyrobiłem więcej godzin, niż nakazuje ustawa. A może dlatego, że z mojej twarzy zniknęła złość, a pojawiło się coś, co sam nazwałbym… ciekawością.
Zatrzymałem się dziś przy klombie nie po to, by wyrwać chwasty, lecz by przyjrzeć się, jak wiewiórka przekopuje ziemię. Szukała czegoś z taką determinacją, że aż musiałem się uśmiechnąć. Przy każdym ruchu jej ogon drżał jak wachlarz.
Na gałęzi nad nią siedziała ta sama sowa, co z pierwszego dnia – dziś już nie wyglądała na sędziego. Bardziej na
obserwatora. Może nawet sojusznika.

A ja?
Zebrałem pięć kup. Każdą z osobna.
Bez przekleństwa. Bez wewnętrznego monologu. Po prostu – wykonałem zadanie.
Bo chyba po raz pierwszy zrozumiałem, że to, co robię, to nie kara, ale czynność. Codzienna, mała czynność, dzięki której inni mogą spacerować, siadać na trawie, prowadzić dzieci za rękę przez ścieżki pełne zapachów.
Nie powiem, że pokocham sprzątanie kup – nigdy.
Ale nie nienawidzę już ich tak, jak wcześniej.
Są jak przecinki w książce, którą pisze to miasto – może nieprzyjemne, ale konieczne, by zrozumieć, gdzie kończy się jedno zdanie, a zaczyna drugie.
Na koniec dnia usiadłem z Nunusiem pod kasztanowcem. Patrzyliśmy, jak jeden z pracowników schroniska wyprowadza dwa psy – wielkiego charta i kulawą kundlicę z językiem na wierzchu.
I pomyślałem: może te stworzenia też mają swoje sny. Może śni im się świat bez ludzi, a może – taki właśnie jak ten park, w którym człowiek przestaje być wrogiem, a staje się kimś, kto rozumie.


