Borowe szepty
Rozdział I: Przybysz
Rozdział I: Przybysz
Jonatan, etnograf z Palatynatu Leocji, kraju uporządkowanego, racjonalnego, przybył do Glänzbergu, niewielkiej miejscowości u granicy leśnych ostępów Kotliny Edelweiss, by zbadać obchody Dziadów, rytuał, który od wieków fascynował badaczy, ale nigdy nie został w pełni opisany. Mówiono, że w Edelweiss Dziady nie są tylko wspomnieniem zmarłych, lecz spotkaniem. Edle gromadzą się przy ogniskach, w lasach, na rozstajach dróg, by przywołać duchy przodków, rozmawiać z nimi, prosić o radę… lub przebaczenie.
Obrzędy odbywają się w ciszy, przy blasku świec i dymie z ziół, których nazw nikt już nie pamięta. Mieszkańcy Edelweiss wierzą, że w tę jedną noc las mówi, a ci, którzy słuchają, mogą usłyszeć więcej, niż by chcieli.
Jonatan zatrzymał się w budżetowym hotelu BERG – surowym, betonowym budynku, gdzie recepcjonistka nie pytała o nazwisko. Ale wieczór chciał spędzić wśród ludzi. Nie znał nikogo, więc udał się do lokalnego baru „Zum Letzten Licht”, który znajdował się tuż przy granicy starego boru.
Wnętrze baru było ciemne, zadymione, pełne ponurych gości. Przy barze siedziały typowe oprychy w skórzanych kurtkach i o paskudnych facjatach, wśród nich dziwne kobiety o twarzach jak z porcelany, które mówiły do siebie w języku, którego Jonatan nie znał.
Znalazł sobie wolny stolik w rogu, skąd miał dobry widok na całe wnętrze, ale z dala od wzroku postronnych. Nie przybył tu pić. Ani zabawiać kobiety. Jego zachowanie i sama obecność w Glänzbergu, w okresie zbliżających się Dziadów wzbudziło w obecnych wyraźny niepokój. Bo niektórzy mówią, że obcy nie powinni słuchać szeptów boru. A już na pewno nie powinni ich zapisywać.
Etnograf o przenikliwym spojrzeniu nie szukał sensacji. Szukał prawdy. Ale prawda w Kotlinie Edelweiss nie leży w dokumentach, ona szeleści w liściach, kryje się w mgłach i mówi przez sny. Wysoki, szczupły, ubrany w ciemny płaszcz z wysokim kołnierzem, który zdaje się chronić go nie tylko przed chłodem, ale i przed spojrzeniami, otworzył torbę przewieszoną przez ramię, wyciągnął z niej notatnik, stare mapy i… księgę, którą znalazł w archiwach kościelnych księdza Schädela. Księga była ciężka, oprawiona w ciemną skórę, z metalowymi okuciami i zamkiem, który już dawno przestał działać. Strony były pożółkłe, zapisane ręką drżącą, pełne symboli, których znaczenia nie znał. Między tekstami znajdowały się ilustracje – niektóre przedstawiały rytuały, inne twarze bez oczu, jeszcze inne drzewa z ludzkimi kończynami.

Przed nim stała kobieta przypominająca wiedźmę, miała młode lico, lecz siwe włosy, ubrana w ciemny płaszcz, którego kaptur przysłaniał nieco jej twarz. Oczy świdrujące. Jej głos był cichy, ale stanowczy:
- Nie czytaj dalej. Ta księga nie należy do Ciebie. Oddaj ją, zanim będzie za późno. – rozkazała, próbując wyrwać mu księgę z obięcia.
Jonatan zamarł. W barze nikt nie zwrócił uwagi. Jakby jej obecność była czymś zwyczajnym.
1. Czytać dalej – ignoruje ostrzeżenie i próbuje rozszyfrować tekst pod obrazem.
2. Oddaje księgę Wiedźmie – ufa jej i rezygnuje z dalszego badania.
3. Zamyka księgę, ale nie oddaje jej – postanawia wyjść do lasu odszukać rozwidlenia.

