Jesienne słońce spływało po dachach Stadt Edelweiss, rozświetlając rzędy złotych liści i szyldy gospód przygotowujących się do najważniejszego wydarzenia roku — Oktoberfestu.
Na rynku, pod ogromnym kasztanem, Max ustawił beczkę z nowym piwem. Zmrużył oczy, oceniając przezroczystość bursztynowego płynu w szklance. — Tym razem się udało, Jurgen[/] — powiedział z dumą. Jurgen, starszy piwowar z siwą brodą i uśmiechem wiecznego filozofa, skinął głową. — Piwo jest jak muzyka, Max. Musi mieć rytm i duszę.
Obok nich Sabine rozwieszała girlandy z niebiesko-białych wstążek. Była właścicielką cukierni i znana z tego, że nikt nie potrafił upiec lepszych Brezli. Brigitte, jej siostra, pomagała jej z koszami pełnymi słodkich pierników w kształcie serc.
Na ławce pod fontanną siedział Andreas, miejscowy nauczyciel muzyki, i stroił akordeon. Obok niego Petra, skrzypaczka o wiecznie rozczochranych włosach, próbowała utrzymać tempo. — Nie graj tak szybko! — śmiała się, gdy melodia tańczyła po bruku.
Henrich, właściciel tawerny „Zum Glücklichen Hirsch”, przechodził z listą dostaw i mruczał coś o braku kiełbas.
— Klaus miał dowieźć! A jego nigdzie nie ma…
Jak na zawołanie zza rogu pojawił się Klaus, niosąc na ramieniu patyk pełen pętli białej kiełbasy.
— Spokojnie, Henrich! Wszystko jest — nawet więcej, niż zamówiłeś.
Helga i Marianne, dwie starsze mieszkanki miasteczka, przystroiły swoje stoiska kwiatami i wiankami. Ich zapach mieszał się z aromatem grzanego wina, które niedawno dostały od Doktorowej.
— Widzisz, Franz, zawsze mówię, że bez kwiatów nie ma święta - zauważyła Helga, poprawiając wianek.
Franz, miejscowy stolarz, który właśnie kończył scenę pod występy muzyczne, uśmiechnął się szeroko. — A bez sceny nie ma muzyki, Helga!
W oddali na polanie stał Hans, spokojny i rzeczowy, nadzorując rozstawienie namiotów — Otto, proszę, nie zapomnij o fladze! W zeszłym roku powiewała do góry nogami. - Otto, młody i roztrzepany, roześmiał się głośno — W tym roku będzie prosto — obiecuję!
Na końcu ulicy pojawiły się Sarah i Karin, niosąc kosze pełne jabłek i butelek cydru. Ich śmiech wypełnił całe miasteczko, przywołując dzieci, które biegały między straganami. Powoli, jak orkiestra przed koncertem, całe Stadt Edelweiss nabierało rytmu. Wszyscy coś budowali, stroili, próbowali i poprawiali. Gdy słońce zaczęło znikać za górami, z tawerny Henricha dobiegły pierwsze dźwięki muzyki, która zachęcała do zabawy i odliczała takty do Oktoberfestu. A w środku wszyscy wspólnie siedzieli, rozmawiali i pili. Stary Jurgen nalał każdemu kufel piwa, uniósł go wysoko i zawołał:
— Za Edelweiss! Za przyjaciół i za święto, które dopiero się zaczyna! Prost Przyjaciele!
Śmiechy, brzęk kufli i dźwięk akordeonu rozlały się po rynku. W tym momencie wszyscy czuli, że Oktoberfest naprawdę się rozpoczyna — jeszcze zanim Oberhaupt otwarł oficjalnie pierwszą beczkę.
Oto przedstawiam wam waszych Biesiadowników :Esmile W kolejnych dniach kolejne opowieści. Każdy z was będzie miał okazję rozbudować to opowiadanie poprzez realizację zadań i odpowiedzi na pytania podczas Biesiadowania. Oczywiście, kto się odważy na takie posunięcie. :Esmile


