Gdy ostatnie promienie listopadowego dnia gasły za grzbietami gór, a na podwórzu winnicy zapłonęły pierwsze lampiony, w powietrzu wyczuć było tę szczególną godzinę – chwilę tuż przed balem, kiedy gwar cichnie, a napięcie i ekscytacja splatają się ze sobą w jedną delikatną nutę.
Właśnie wtedy, kiedy ludzie jeszcze krzątali się przy ostatnich przygotowaniach, pojawił się on – Heinz-Werner Grüner, oberhaupt Kotliny Edelweiss.
Nie zjawił się z fanfarami, ani w świetle lamp. Stało się zgoła inaczej. Jego przyjazd był niemalże niezauważalny, tak jak lubił. Niczym ukryty w cieniu duch, przesunął się po drodze prowadzącej od bramy, a potem z półmroku wyłoniła się jego wysoka, smukła sylwetka. Skromna w sposobie poruszania, lecz pełna naturalnej godności. Zawsze tak samo, lekko komicznie, ale dostojnie.

Heinz-Werner Grüner ubrany był jak zawsze nienagannie – ciemny płaszcz z wełny o drobnym, ledwie widocznym splocie, idealnie skrojony pod jego posturę, pod nim zaś elegancki garnitur w odcieniu grafitu, dostosowany do chłodu listopadowego wieczoru. Kołnierz koszuli pozostawał śnieżnobiały nawet w przygaszonym świetle lampionów, a wąski, ciemny krawat układał się pod szyją z edelweisską precyzją. Z mankietu błysnęły srebrne spinki, jedyny element luksusu, na jaki pozwalał sobie na co dzień. Twarz strudzona przez ostatnie wydarzenia w Glänzbergu... Na pewno nie raz i nie dwa pomyślał tego dnia o ofiarach tego wydarzenia, ale i ogarniającym całe to "pobojowisko" Herr Admiral
@Albert Fryderyk de Espada.
Szedł powoli, jakby nie chciał zakłócić toczącego się życia. Każdy jego krok nie rzucał się w oczy. Zatrzymał się na moment, gdy dostrzegł sylwetkę
@Isabella M. Neumann-Swann uwijającą się nieopodal stodoły. Nie chciał przeszkadzać, więc czekał cierpliwie, obserwując to, co działo się wokół. Miał w sobie tę charakterystyczną powściągliwość człowieka, który wie, że jego obecność zostanie zauważona prędzej czy później.
W świetle migoczących lampionów jego twarz, nieco surowa, zmęczona lecz spokojna, wydawała się wyrzeźbiona z cienia i chłodnego powietrza listopadowej nocy. Spojrzał na zabudowania, na ludzi uwijających się jak w ukropie. Było w tym miejscu coś, co budziło nostalgię. Było coś, co przypominało mu czasy, kiedy nad Kotliną rządzili inni, całkowicie nieznani jemu i tu obecnym dzielni mężowie.
W końcu ruszył naprzód.Nie chciał onieśmielać, nie chciał stawać w centrum uwagi. Przychodził nie jako władza, lecz jako ten, który pragnie być częścią wspólnego święta. W końcu ktoś go rozpoznał, to starszy jegomość z szarą brodą. Oberhaupt rzucił do niego bez emocji:
-Dobry wieczór, jak się Szanowny Pan miewa?
- po czym uśmiechnął się i przyjął gest powitania, jakby spotkał znajomego.