Czas
Glänzberg, 36 godzin od katastrofy
Gdy pierwsze syreny ucichły, nad Goldgräberstation Nr. 1 pozostał jedynie jednostajny, niepokojący pomruk Ziemi. Para osiadała na deskach i stalowych żurawiach jak mgła na szybach, ciepła, gryząca w oczy jedynie kapała pod nogi kolejnymi kroplami. Wokół szybu krzątali się ratownicy, rzucając krótkie komendy, lecz nikt nie odważył się zejść dalej niż na kilka pierwszych platform.
Powietrze miało zapach mokrego żelaza i siarki.
Temperatura wewnątrz kopalni wciąż była gorsza niż w piekarniku. Termometry ustawione przy głównym windzie zaczęły wskazywać wartości, których nikt tu jeszcze nie widział. Uchwyty narzędzi parzyły w dłonie. Ściany szybu były mokre od wody ale tak gorącej jakby był to skroplony żar.
– Nie da rady… – wymamrotał jeden z ratowników, cofając się z wejścia. – Na dole powietrze się gotuje. Jest tak gorące i wilgotne że nawet ma masce ciężko się oddycha
Podjęto kilka prób. Każda kończyła się tak samo: ludzie wracali mokrzy, kaszląc, z twarzami oblepionymi pyłem, który w gorącym powietrzu przylepiał się jak cement.
Oberstam obserwował ich z boku, z ramionami skrzyżowanymi tak mocno że pobladły mu dłonie. Dr Harz krążył obok, sprawdzając instrumenty, zapisując w pośpiechu kolejne wartości, które przekraczały jego wcześniejsze przewidywania.
– Temperatury są niestabilne – powiedział do Oberstama, choć brzmiało to bardziej jak usprawiedliwienie niż raport. – Pod pięćdziesiąt stopni już po dziesięciu metrach… Im dalej, tym gorzej.
– A ci, którzy tam zostali…? – głos Oberstama brzmiał jakby mówił przez zamknięte usta.
Harz nie odpowiedział.
Ratownicy lokalni, strażacy i kilku górników–ochotników robili wszystko, co mogli:
wykonali dodatkowe nawiewy, rozciągnęli rury, próbowali poszerzać górne korytarze, by wypuścić choć trochę żaru z niższych partii i wtłoczyć tam powietrzę z zewnątrz.
Nic nie dawało trwałego efektu.
Około godziny 23:00 wciąż dało się słyszeć dźwięk: rytmiczny, metaliczny, przypominający stukot narzędzi ludzi pracujących przy wejściu. Dźwięki te jednak po chwili zaczęły robić się głośniejsze, znacznie głośniejsze. Przez to iż echo uderzało i odbijało się od wzgórz dookoła ciężko było się domyślić czy to wciąż maszyny i narzędzia czy ziemia pod ich stopami ponownie zaczęła się ruszać.
Dr Harz pierwszy uniósł głowę.
– To nie echo… - powiedział jednocześnie z przerażeniem patrząc na to jak drobne kamyczki na biurku przed nim zaczęły tańczyć do rytmu uderzeń.
W pierwszej kolejności jego instynktem było krzyknięcie by wszyscy uciekali lecz nim zdołał to uczynić cokolwiek mógł powiedzieć w tej chwili zostało zagłuszone przez donośny niosący się całą doliną gwizd.
Wtedy zza zboczy wzgórz w oddali drogi prowadzącej ze Stad Edelweiss wyłoniły się światła. Najpierw pojedyncze reflektory, potem całe szeregi latarni i lamp. W długiej kolumnie wytaczającej się zza wzgórz można było po chwili dostrzec samochody, ciężarowni, konie i wozy oraz ludzi maszerujących w kolumnach marszowym krokiem.
Tuż przed nimi turlały się stalowe sylwetki — najpierw niskie, krępe, obudowane wielkimi płytami.
Maulwurfy I i II.
Para stalowych „kretów”, eksperymentalnych pojazdów do drążenia tuneli.
Maszyny zawyły ponownie, gdy zwiększano ich obroty, ich chłodnice syczały i buchały ciemnym dymem gdy ziemia wciąż drżała gdy cała kolumna zmierzała w ich stronę

Oberstam czuł, jak ich szanse nagle bardzo wzrosły.
– Szybsi, niż myślałem – powiedział cicho uśmiechając się pod nosem
Dowódca saperów po wjechaniu na plac kopali od razu podszedł do Oberstama.
– Herr Admiral, 2. Gebirgsinfanterieregiment melduje pełną gotowość. Rozkazy? -
De Espada spojrzał w stronę szybu, z którego wydobywały się kolejne pióropusze pary.
– Utrzymać perymetr. Zabezpieczyć wszystkie wejścia, nikt postronny nie ma prawa podejść. -
– Jawohl! -
– Rozstawić posterunki przy każdej drodze prowadzącej na teren kopalni. Zablokować cywilny ruch. -
– Rozkaz! -
– Oddział saperów niech rozstawi się przy szybie. Czekamy na Maulwurfy. Przygotować miejsce do ich wprowadzenia. -
Żołnierze natychmiast rzucili się do pracy, wnosząc skrzynie z narzędziami i budując prowizoryczne oświetlenie strefy operacyjnej.
Mimo chaosu, wojskowy rytm działań przywrócił kopalni odrobinę porządku.
W tle trwała dramatyczna walka ratowników z czasem.
Próbowano schłodzić szyby zimnym powietrzem, ale para była tak gęsta, że kolejne pompy jedynie syczały bezsilnie. Kilku górników próbowało zejść niżej po linach, jednak musieli wycofać się natychmiast - buty topiły się od gorąca.
– Jeśli tam ktoś żyje… – powiedział cicho Harz, obserwując kolejny pomiar. – To tylko dlatego, że znalazł miejsce osłonięte przed temperaturą. Ale to nie potrwa długo. -
De Espada odpowiedział szorstko, choć drżał mu głos:
– Dlatego właśnie maszyny muszą dotrzeć pierwsze. Nasz człowiek nie może tam zejść inaczej. -
W tej samej chwili na południowej drodze zabrzmiał metaliczny turkot a na plac wczołgały się dwie potężne maszyny.
Wielkie, opancerzone pojazdy drążące Maulwurfy. Ich przody przypominały stalowe pyski zwierząt, a z kominów wydobywał się czarny dym.
Żołnierze i górnicy zrobili przejście wśród okrzyków:
– Droga wolna! Wprowadzać jednostki! -
– Odsunąć się! -
Maszyny zatrzymały się przy wejściu do kopalni, ich silniki pomrukiwały groźnie.
Oberstam podszedł do załogi jednego z pojazdów.
– Waszym zadaniem jest dostać się jak najbliżej poziomu eksplozji. Temperatura jest piekielnie wysoka więc nie możecie zostać tam zbyt długo. Damy wam najwięcej czasu jak to możliwe ale to wciąż nie będzie dużo. Rozeznajcie się w sytuacji i natychmiast wracajcie. -
– Zrozumiano! -
Załoganci zasalutowali i zajęli miejsca.
Stalowe przekładnie zaczęły pracować, wiertła Maulwufra zakręciły się z warkotem.
– Herr Oberstam… – odezwał się Harz. – A jeśli tam poniżej… ruszyło się coś więcej niż tylko skała?
De Espada nie odwrócił wzroku od ciemności szybu.
– Niezależnie od tego, co tam się stało jeśli ktoś tam został jesteśmy jego jedyną szansą. - odparł dając ręką sygnał kierowcom maszyn
Silniki Maulwurfa ryknęły, a masywna maszyna zanurzyła się w czarny otwór szybu, niosąc ze sobą jedyną szansę na dotarcie do ofiar.
Wszyscy na powierzchni wstrzymali oddech.
Akcja ratunkowa trwała.
A prawdziwy obraz katastrofy wciąż czekał pod ziemią.







