Czasu do całkowitego zmroku pozostało niewiele, a góry nie wybaczały opieszałości. Albert, z wprawą sprawnie rozbił obozowisko - naciąganie linek namiotu po przygotowanie małego paleniska, które miało rozproszyć nadchodzący chłód nocy.
Gdy obóz był gotowy, nadeszła pora na posiłek. Wydobył z zapasów puszkę z duszonym mięsem i warzywami – średnio wykwintne danie lecz gdy jego polowanie na tą chwilę zamieniało się raczej w długi spacer nie mógł liczyć na nic lepszego. Siedząc przy dogasającym świetle dnia, przeżuwał powoli, wsłuchując się w pierwsze nocne odgłosy przeplatane strzelającym drewnem w ognisku.

Dotychczasowa wyprawa była dla niego jedynie długim, męczącym wstępem, testem wytrzymałości, który przeszedł z właściwą sobie pewnością siebie. Puste ręce i brak trofeów na tym etapie wcale go nie deprymowały. Wiedział, że teraz, gdy dotarł na miejsce de Espada miał przestać maszerować, a zacząć robić to, w czym był najlepszy w całym Edelweiss. Prawdziwe łowy miały się wreszcie rozpocząć.




