Trzecie trofeum tego dnia leżało już u jego stóp, młody jelonek, trafiony czysto i bez zbędnego cierpienia. Był to jednak jedynie przystanek na drodze, nie cel sam w sobie.
Grüner uklęknął przy zwierzęciu i przez chwilę patrzył na nie w milczeniu. W jego gestach nie było triumfu, raczej spokojna świadomość dobrze wykonanej sztuki. Poprawił pasek strzelby przewieszonej przez ramię, lecz dłonie oparł na łuku, zwyczajnym, drewnianym, takim jakiego używali myśliwi od pokoleń.
Potem powoli podniósł wzrok ku wyższym partiom doliny. Tam zaczynała się prawdziwa kraina Szarotek.
Strome zbocza przechodziły w białe żleby, a ponad nimi piętrzyły się skały, o których opowiadano rzeczy niepewne i półlegendarne. Wśród uczestników Schmelzfest krążyły historie o stworzeniu, które czasem widywano o świcie, wielkim, włochatym cieniu kroczącym po śniegu. Jedni nazywali je strażnikiem gór, inni po prostu Yetim.
On jednak nie należał do ludzi, którzy śmiali się z takich opowieści. Dlatego zmienił pozycję na sektor oznaczony jako
5G — wyżej, bliżej lodowych pól i starych kosodrzewin, gdzie ślady zwierząt bywały rzadkie, lecz znaczące.
To jednak była dopiero łąka okalająca strome zbocza... Cel, swój prytwany cel jednak widział w oddali..
Był bażant, wiewiórka, a teraz młody jelonek, lecz oberhaupt nie mierzy drogi liczbą zdobyczy, lecz wysokością celu.
Jeżeli bowiem gdziekolwiek w Kotlinie Edelweiss naprawdę chodziło to legendarne zwierzę, to właśnie tam, ponad linią szarotek, gdzie śnieg nie topnieje nawet w czasie wiosennego święta.
I tam właśnie kierował swoje kroki. A tymczasem... łąki.