
Dzień w Kotlinie powoli gasł, a długie cienie gór kładły się na dolinę jak ciężka kurtyna po wielkim przedstawieniu. Grüner schodził w stronę obozowiska powoli, z ramionami obciążonymi trofeami i krokami zdradzającymi zmęczenie całego dnia. Skóra kozy śnieżnej, młody jelonek, drobniejsza zwierzyna... Nie były to łowy, które przejdą do legend Schmelzfest, ale były uczciwe, zdobyte cierpliwością i trudem.
W jego spojrzeniu nie było triumfalnego blasku, ale była rzecz cenniejsza: spokojna duma Edla, który zmierzył się z górami i wrócił z nich o własnych siłach. Wysokie zbocza wciąż majaczyły nad dolinami, ciche i obojętne, jakby przypominały, że prawdziwe tajemnice wciąż tam zostały. Może gdzieś ponad linią szarotek wciąż chodził legendarny cień, którego tego roku nie było mu dane zobaczyć.
Gdy w oddali pojawiły się pierwsze światła obozowiska i dym z ognisk, Grüner zatrzymał się jeszcze na chwilę i spojrzał w stronę gór. Zmęczony, nieco zasmucony, ale prosty w postawie jak człowiek, który wie, że zrobił wszystko, co mógł.
Bo Wielkie Polowanie w Krainie Szarotek kończy się nie wtedy, gdy pada ostatni strzał, lecz wtedy, gdy łowca wraca z gór bogatszy o drogę, którą przeszedł.
