Prace nad kompleksem medycznym oficjalnie ruszyły. Na uprzątniętym placu nad brzegiem rzeki rozstawiono pierwsze sznury i paliki geodezyjne wyznaczające obrys fundamentów, choć na właściwy ciężki sprzęt i wykopy trzeba było jeszcze chwilę poczekać.
Przed przejściem do dzieła architekci przeprowadzili ostatnią techniczną odprawę przy stole z planami. Główny gmach, trzykondygnacyjny budynek z jasnego kamienia z dwoma bocznymi skrzydłami, nawiązujący stylem do klasycyzmu. Centralna część wraz z lewym skrzydłem miała mieścić część szpitalną centrum podczas gdy przeciwne skrzydło przeznaczone ma zostać pod przestrzeń laboratoryjną i badawczą. Ważnym punktem dyskusji była również dobudówka do jednego ze skrzydeł. Zaplanowano tam przedłużenie głównej części budynku oraz budowę kolejnego skrzydła które stworzyło boczny dziedziniec kompleksu. Na samym końcu tego dziedzińca, pod zadaszeniem, wydzielono stanowiska garażowe dla co najmniej kilku karetek. Zgodnie z planem wjazd na ten teren zrezygnował z klasycznej, zamykanej bramy – szerokie, otwarte przejście miało gwarantować swobodny, natychmiastowy wyjazd pojazdu ratunkowego bezpośrednio na miejską drogę.
Po zatwierdzeniu ostatnich detali inżynieryjnych zebrani przenieśli się w miejsce, gdzie ułożono pierwszy ceglany cokół. Albert Fryderyk de Espada podszedł do przygotowanego wcześniej granitowego bloku. Na kamieniu widniał surowy, kuty napis: Medizinisches Zentrum Glänzberg 1926. Oberstam sprawnie nałożył kielnią grubą warstwę zaprawy murarskiej, po czym przy pomocy dwóch robotników precyzyjnie osadził ciężki blok na fundamencie. Wmurowanie kamienia węgielnego zamknęło część oficjalną – chwilę później na teren weszły pierwsze ekipy robotników, rozpoczynając niwelację terenu pod fundamenty nowego centrum.
Prace na budowie ruszyły pełną parą i teren już w niczym nie przypominał już pustego placu sprzed kilku tygodni. Etap prac ziemnych został zakończony – głębokie wykopy pod piwnice i fundamenty zasypano, a wylewany beton zdążył już solidnie związać.
Z ziemi zaczął wyraźnie wyrastać surowy szkielet przyszłego kompleksu medycznego. Wzniesiono już żelbetowe słupy i pierwsze ściany nośne parteru głównego gmachu, dzięki czemu można było fizycznie poczuć skalę przyszłej konstrukcji. Na placu budowy panował ciągły ruch: ekipy cieśli szalunkowych przygotowywały stropy pod pierwszą kondygnację, a zbrojarze na bieżąco łączyli stalowe pręty kolejnych sekcji budynku. W powietrzu unosił się zapach świeżego betonu, pyłu murarskiego i ciętego drewna, a regularny stukot młotów i ryk betoniarek nadawały całemu przedsięwzięciu rzemieślniczy rytm.
Najszybciej postępowały prace przy prawym, bocznym skrzydle, które miało pomieścić zaplecze techniczne. Zgodnie z planem, zarysował się już długi, podłużny trakt wysunięty w głąb działki. Choć brakowało jeszcze dachu i wykończenia elewacji z jasnego kamienia, gołym okiem widać było, jak to teren budowy odcina i osłania wewnętrzny dziedziniec od reszty.
Czarny, masywny nade elegancki samochód powoli wtoczył się piaszczystą drogę prowadzącą bezpośrednio na plac budowy. Zanim silnik zdołał zgasnąć, na spotkanie pojazdowi wybiegł szef inżynierów, pan Makovski. Gorączkowo poprawił zsuwający się z czoła kask, zdjął porysowane gogle i prostując się, odchrząknął niepewnie.
Gdy drzwi samochodu otworzyły się, na kurz i pył budowy wysiadł Oberstam Albert Fryderyk de Espada. Jego zimne, taksatorskie spojrzenie natychmiast omiotło cały obszar – od wznoszących się w tle rzędów miejskich kamienic, przez szczyty gór spowite lekką mgłą, aż po pnące się w górę ramy przyszłego kompleksu medycznego.
- Herr Oberstam - zaczął Makovski, lekko skłaniając głowę. - Nie spodziewaliśmy się panu tak wcześnie, ale wszystko idzie zgodnie z planem. Zapraszam, oprowadzę pana po kluczowych odcinkach. - powiedział wskazując gościowi kierunek dłonią
De Espada skinął tylko głową, bez słowa ruszając w stronę gęstej sieci drewnianych rusztowań. Pod jego twardym krokiem chrzęścił żwir. Makovski ruszył tuż obok, gestykulując w stronę wznoszonych mury z jasnego kamienia i zbrojonych betonowych filarów począł wymieniać poczynione już postępy swoich prac.
- Etap fundamentowy mamy całkowicie za sobą - relacjonował inżynier, starając się przekrzyczeć wszechobecny na placu hałas maszyn. - Wylewki osiadły idealnie. Jak pan widzi, szkielet głównego gmachu sięga już pierwszego piętra. Mury nośne cokołu są gotowe, a ekipy rozpoczęły wznoszenie konstrukcji pod sale operacyjne i laboratoria. -
- A prawa sekcja? - zapytał chłodno de Espada, zatrzymując się przy torowisku, po którym robotnicy pchali wyładowany kamieniem wagonik.
- Oczywiście - Makovski natychmiast wskazał ręką na podłużny trakt wysunięty w głąb działki. - Prawe skrzydło rośnie najszybciej. Zgodnie z wytycznymi, mury całkowicie zasłonią wewnętrzny dziedziniec od strony frontowej. Na samym końcu, tam pod zadaszeniem z montowanych właśnie stalowych dźwigarów, powstaną stanowiska garażowe. -
Inżynier odczekał chwilę, po czym poprowadził Oberstama w stronę szerokiego, wolnego od jakichkolwiek konstrukcji przejazdu.
- Wjazd pozostaje całkowicie otwarty - kontynuował Makovski. - Zrezygnowaliśmy z dzielonej bramy, dokładnie tak, jak pan nakazał. Żaden łuk ani ściana nie będą blokować drogi. Karetka zyskuje natychmiastowy wyjazd na główną ulicę. W tej chwili ten brak barier wykorzystujemy logistycznie, wozy z surowcem wjeżdżają tu bez najmniejszych opóźnień. -
De Espada podszedł do jednego z betonowych filarów, wyciągnął dłoń i przesunął po surowej, wciąż chropowatej powierzchni. Przez moment w powietrzu wisiała jedynie głęboka cisza, przerywana odgłosami rzemieślniczej pracy na rusztowaniach.
- Materiały trzymają normę? - zapytał, odwracając się do inżyniera.
- Kamień sprowadzamy z lokalnego kamieniołomu, zaprawa, stal najwyższej klasy - zapewnił szybko Makovski, czując na sobie ciężar tego spojrzenia. - Jeśli pogoda dopisze, stan surowy osiągniemy nawet prędzej niż zakładaliśmy.-
- Ma dopisać, Makovski. A jeśli nie dopisze, i tak będziemy kontynuować pracę, nie stać nas już na zbędne opuźnienia - odparł krótko Oberstam. Spojrzał jeszcze raz w górę, gdzie na najwyższym pomoście rusztowania murarze układali kolejną warstwę cegieł.
- Rozumiem, Herr Oberstam. Wszystko będzie na czas. - odparł czym prędzej
De Espada odwrócił się na pięcie i bez dalszych słów ruszył w stronę oczekującego samochodu. Makovski odprowadził go wzrokiem, wycierając chusteczką pot z czoła. Dopiero gdy czarny pojazd zniknął za miejskimi zabudowaniami, inżynier wypuścił głośno powietrze, założył gogle na oczy i głośnym krzykiem przywołał do siebie majstrów.