Borisz świetnie sobie radzi, jesteśmy jak jedność. naprawdę jesteśmy dobraną parą. Pierwsze co pomyślałem, po cięzkim "tańcu godowym na kamieniach" to, że nie oddam go nigdy. To chyba mój ulubiony wierzchowiec. Trudny w okiełznaniu, ale wierny i oddający w siodle moc i posłuszeństwo komu trzeba.
Ten dziewięcioletni kary koń zyskał podczas tej gonitwy wiele w oczach samego oberhaupta. Tak by pomyślał każdy postronny oberwator. Często poklepywał konia by go zmotywować. Jednocześnie widać byłogołym okiem, że i on oddaje ile jest w stanie, nawet podczas sporego wysiłku.
Spiker przez megafon wydzierał się, że to już półmetek. Pomyślałem sobie, a co mnie to obchodzi. Ja licze tylko i wyłacznie na wygraną. Nie ma zmiłuj. Raz już wygrałem gonitwę, było to lat kilka temu, bodajże we włościach Radziwiłłów, gdzie i Samuel i
@Konrad Radziwiłł sobie spokojny żywot wiodą. Ciekawe co u nich, pomyślałem, po czym rychło (o dziwo!) pomyślałem, że nie ma co się rozpraszać.
Skupienie wróciło...a w głowie przemiał myśli:
Przepaść między zwycięstwem a porażką, gdzie jesteśmy?
Pędziliśmy naprzód, czując na plecach oddech konkurentów. Nie miałem czasu się odwracać, ale wiedziałem, że Albert Fryderyk de Espada trzymał się tuż za mną – urodzony zawadiaka, dla którego liczyła się nie tylko szybkość, ale i spektakularność. A zaraz obok niego Księżna Sarmacji – amazonka, która mogłaby rządzić zarówno na dworze, jak i na torze wyścigowym. Była równie nieustępliwa, co jej mąż
Za nami – daleko w tyle – reszta uczestników. Pavel Van der Gibson odpuścił „z przyczyn proceduralnych”, co brzmiało jak wymówka kogoś, kto nie chciał ubrudzić butów. Nieco drwiłem z tej sytuacji i jednocześnie miałem mieszane uczucia. To on reprezentował Edelweiss w gonitwach w Rzplitej, ale i ewiedentnie przesacował swoje możliwości w tej gonitwie, Wielkiej Gonitwie. Herr Piotr Romanow najwyraźniej miał inne priorytety niż wyścig – zdawało się, że bardziej interesowały go panie zgromadzone wśród widowni niż przeszkody na torze. Cóż, jego wybór…
A przed nami?
Wyrwa. Ożesz...
Szeroka, ciemna szczelina w ziemi, jakby ktoś wyrwał z ziemi potężny kawałek i pozostawił otchłań gotową pochłonąć nieostrożnych jeźdźców. Nie było czasu na wahanie.
Borisz spiął się w soboe, czując zagrożenie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na nic innego jak pełną koncentrację.
Zwiększyłem tempo, galop w pełnej prędkosci, czułem, jak jego mocne mięśnie nabierają sprężystości.
Jeszcze kilka susów. Serce tłukło mi w piersi. Dawno tak się nie ekscytowałem. Ostatnio to chyba przy choince w Stadt, jak mnie zagadała..ona... Sami wiecie. Wiecie?
Tymczasem... Borisz odbił się jak sprężyna, wzbijając się w powietrze. Wszystko wokół rozmazało się w jeden wirujący obraz.
Teraz było jedno pytanie: czy po tamtej stronie wyrwy Albert wciąż był w grze, czy może sarmacka amazonka właśnie przejmowała pozycję tuż za moim ogierem?
Nie mogłem się odwrócić. Wszystko miało się zaraz rozstrzygnąć…