- Cóż, w górach żyje wiele zwierząt. I chociaż dziki należą do tych groźniejszych, to znajdują się też i łagodniejsze gatunki. Śpiew ptaków na szlaku o poranku to jest coś, czego nie doświadczycie tutaj w dolinie. To jest zupełnie inny świergot, wróble inaczej ćwierkają w górach. Naprawdę, marzenie usłyszeć ten koncert. Niewielu go doceni, ale zdecydowanie widać różnicę. Na szlaku zawsze się coś spotka, czy to sarnę, czy kozicę. Zające zostawiają swoje tropy niemalże co kilkadziesiąt metrów, przecinając drogę tuż przed stopami wędrowców.
Alfred zamyślił się chwilę, by potem kontynuować.
- Z pewnością nie zapomnę Polka. Zapytacie pewnie, kim jest Polek. Mały jelonek, chociaż już nie taki mały, sięgał mi prawie do torsu. Wyglądał na głodnego, więc wyciągnąłem z plecaka jabłko. Jadł mi je wręcz z ręki. Próbował figlować, ale ostatecznie przez kilka kilometrów szedł ze mną, jak najlepszy przyjaciel.
- Zwierzęta nie są groźne, jak się wie, jak z nimi obchodzić - Alfred domykał historię - Polek pewnie dalej wędruje już ze swoim stadem, do którego dołączył. Kiedy odchodził, chuchnął mi w policzek - akurat siadłem wtedy na moment.
Alfred jeszcze raz zamyślił się, w oddali zauważył, że w Edelweiss jest też jego małżonka, Fatima. Pomachał do niej znacząco, wskazując, że chciałby jej coś powiedzieć. Miał nadzieję, że podejdzie do swojego strudzonego wędrowca.



