Borowe szepty
Rozdział II: Wezwanie lasu
Rozdział II: Wezwanie lasu
Jonatan spojrzał na wiedźmę beznamiętnie, jak przystało na człowieka nauki. Poprawił okulary na nosie palcem wskazującym, a jego głos zabrzmiał surowo, niemal wykładowczo:
- To tylko księga. Nie jestem tu dla zabawy ani rytuałów. Przyświeca mi cel naukowy. Szanuję miejscowe tradycje i wierzenia, lecz nie mogę oddać pani tej księgi. Wypożyczyłem ją z zasobów kościoła i zamierzam ją zwrócić - powiedział, akcentując ostatnie słowo z wyraźnym naciskiem.
- Ta księga nie należy również do kościoła. Musimy ją spalić. – rzekła z nie mniej surowym wyrazem. Jej oczy błyszczały w półmroku, jakby widziały więcej niż powinny. Jonatan wstał z miejsca, otrzepał płaszcz i dodał:
- Muszę już iść. Czas na mnie.
Odwrócił się, lecz zanim zdążył odejść, kobieta złapała go jeszcze za ramię. Odpięła z paska zwitek ziół, związany sznurkiem z włókna pokrzywy. Wcisnęła mu go w rękę, a gdy wziął go niechętnie, powiedziała cicho:
- Weź chociaż to. Przyda ci się. W najmniej spodziewanym momencie.
Nie odpowiedział. Schował zwitek do kieszeni i ruszył w stronę wyjścia z karczmy, zostawiając za sobą cień kobiety i zapach wilgotnej ziemi.
Z okien wyglądały twarze - blade, zaniepokojone. Jonatan mógłby przysiąc, że słyszy ich rozmowy w zaciszach domostw:
- Obcy…
- W dziady…?
- Idzie w stronę lasu…
Jonatan nie zwalniał kroku. Wiedział, że wzbudza niepokój, ale nie miał czasu na wyjaśnienia. Musiał dotrzeć na rozstaje przed północą.

Wtedy dostrzegł sylwetkę majaczącą w oddali. Po chwili z lasu wyłonił się Edel z zakręconym wąsem. Na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem normalnie, lecz przyglądając się szczegółom, Jonatan dostrzegł kilka intrygujących szczegółów. Ręce miał brudne, ziemia tkwiła mu pod paznokciami. Spod surduta wystawała mu poszarpana koszula. A u paska nosił toporek.
Mężczyzna przystanął przed Jonatanem i zmarszczył brwi.
- Wybiera się Pan do lasu? O tej porze? - zapytał.
- Tak, nazywam się Jonatan Engel. Badacz. Muszę udać się na rozstaje. W celach naukowych.
- Poczekaj Pan do rana. - odparł. - Niejeden taki ważniak już zginął na szlaku.
- Nie mam tyle czasu. - odpowiedział Jonatan, znów poprawiając okulary na nosie.- Jak pan sobie poradził w ciemnościach w lesie, to i ja sobie poradzę. - dodał.
- Śmiem wątpić, nie wygląda mi pan na bersteigera - Spojrzał na las. - Jesienią bywa tu trudno. Nawet zwykła ścieżka potrafi zmylić kroki. - Zerknął na zegarek na ręce. - Mam chwilę czasu. Mogę pójść z panem, jeśli pan pozwoli.
Czy Jonatan powinien odmówić i iść samotnie, kierując się chłodnym rozsądkiem?
Czy może powinien przyjąć towarzystwo , nie wiedząc, kim naprawdę jest ten mężczyzna?

