Z willowej
strefy mieszkalnej, z posiadłości Herr Cargalho ruszył z impetem. I choć od Der Sitz dzieliło go zaledwie kilka minut postanowił pojchać okrężną drogą.
Zamierzał delektować się pięknem krainy, nad jaką dzierżył "szarotkowe berło". On jako dostojny przywódca z olbrzymim poparciem, a u boku piękna i równie mądra jego "wybranka". Co prawda nie potrafił jej sobie zdefiniować i zobrazować, ale tak właśnie wyobrażał sobie czasy, kiedy to w mało rozwiniętych nacjach panowali królowie. On był już za to samozwańczym oberhauptem, chciałbyć ponadto monarchistyczne podejśce.
Zadrwił sam z siebie, za to jak jego myśli potoczyły się w tej waśni o władzy ludzkiej, po czym pedząc szeroką drogą na zachód w stronę Grand Hotel von Edelweiss, przyśpieszył...
Wymęczony ciągłą ekspoatacją Puch dymił strasznie z rury wydechowej, co jakiś czas wystrzeliwując potęznym hukiem niczym sawy armatnie. Grünera to nie zrażało, pędził ku uciesze tej chwili. Czuł się wolny, spokojny i opanowany, ale jednak samotny... Dziś, tu i teraz zabrakło mu bliskości Edli.
Posmutniał, zwolnił i pokornie nawracając oraz przestrzegając praw drogowych, które,
nota bene, sam nakazał wrócił w stronę rynku, na którym znajdował się jego przybytek. "Jego" brzmiało sarkastycznie, gdyż cały czas, pomimo rozbudowy tylu włości, miast, wsi i innych przybytków, ledwie sam mieszkał w miejscu pracy...
I gdzie ten "majestat"?-pomyślał wstydliwie. Niedawno o mało co nie wyśmiał każdego monarchy, który swoim obliczem przyćmił by go momentalnie.
Wracając w neihumorze, nieco zgryźliwie, nieco chimerycznie, prowadził dialog sam ze sobą, aż w końcu dotarł na
Ohne Titel, gdzie z głębokiego zamyślenia wybudziły go "kocie łby" osadzone na najsłynniejszym placu Stadt Edelweiss...
Zaparkował głośne auto tuż obok "Siedziby", po czym już cichutko, udał się do wnętrz budynku, gdzie tylko rozpalona właśnie lampa olejna dawała znak, że ktoś znajduje się wewnątrz...
Służba czuwała, ale nie dawała o sobie znać...