Miasteczko uzdrowiskowe, gdzie wielu kuracjuszy może spędzić czas bujając niczym w chmurach. Usytuowane wysoko w masywie górskim aż się prosi o popularyzację zdrowego trybu życia. Słynne podrywy podczas wesołych "dancingów"? - dobrze trafiłeś!
- Kto będzie po tym zjeżdżać? - łapał się za głowę jeden z robotników, który stawiał w lesie drewnianą konstrukcję. Przynosili wielkie pale drewna, a później kładli na nie deski, które formowały się w wielką zjeżdżalnie. Wszystko to w środku lasu, za kurtyną leśnej połaci trwała nikomu nie znana budowa.
Przyjeżdżający samochód od razu wzbudził poruszenie. Każdy zauważył, iż nie jest to automobil "kierownika", a kogoś obcego. Drzwi otworzyły się, a na śniegu stanęła sylwetka mężczyzny, którego obecność zwiastowała kłopoty. - Kto Wam na to pozwolił? - zapytał retorycznie, wiedząc iż jest to samowola budowlana.
- A to my musimy kogoś pytać o pozwolenie? U siebie jesteśmy, Herr! - odpowiedział pewnie, zdejmując robocze rękawice. Odpowiedź ta jednak nie uzyskała oczekiwanego rezultatu, a nieznajomy dopowiedział - W Edelweiss każda inwestycja musi przejść zatwierdzenie. Macie 6 godzin na dostarczenie papierów do Edelbau, albo zaczniecie rozbierać to... - zatrzymał się na chwilę - co to właściwie ma być? - zapytał.
- Mówią, że skocznia. Dali rysunek, dali siekiery i budujemy. Ponoć na Roztopy ma być gotowe - opowiedzieli całą historię...
Grüner-Spatz-Schanze
rekord skoczni należy do S.S. Cargalho - 61 metrów (Schmelzfest - 5 III 1924r) LINK
Niespodziewanie zza krzaków wyszedł młody ważniak w spodniach na szelakach(nie wiadomo czemu przytwierdzonych do kamizelki) i lżejszym palcie, choć zima jeszcze nie była w odwrocie:
-A weź pan spie.... - rzucił w stronę pytającego. Machnął świstkiem papieru, gdzie wyraźnie widniała pieczęć H.W.Grünera oraz cała masa podpisów, oberstammerin Swann, faktotum Cargalho, nadleśniczego Förstera i wielu, wielu innych tych, których taki podpis musiał widnieć. Tego ważniaka w szelkach, zwanego Ziege również.
Do końca budowy skoczni brakowało jeszcze kilku "pięter", ale postępy szły aż nader dobrze... Byle konstrukcja wystała do 15 marca...
- Cholera, czy wyście nie widzieli jaka data jest w kalendarzu?? - dopytywał lider robotników, machając przed nimi ogromnym plakatem. - Lada moment zjadą się tutaj najlepsi skoczkowie świata, a my nadal niegotowi - gorączkował się bardzo, chodząc z młotkiem i dobijając gwoździe wystające gdzieś w najeździe skoczni. - Przecież oni się tutaj pozabijają! - krzyczał wniebogłosy.
Plakat mówił jasno, że już o poranku skoczkowie będą mogli próbować swoich sił, by w końcu przystąpić do konkursu. Ekipa uwijała się więc jak w ukropie, by zdążyć na czas. A gdy już ukończyli konstrukcję, drapali się po głowie, nie do końca rozumując jak wybrnąć z problemu w jakim się znaleźli.
Roztopy sugerowały brak opadów śniegu, a wręcz powolne jego zanikanie. Teraz, pozostawali oni ze skocznią, na której nie ma pokrywy z białego puchu. - No, na co czekacie? - zapytał młody ważniak, który nadal nadzorował budowę - Wiaderka i nanosić, nanosić! - poinstruował wszystkich, a ci przystąpili do pracy, choć liczyli już na fajrant.
Data 1 marca nie do końca musi sugerować brak śniegu. To "symboliczne" pożegnanie zimy i powitanie rozkwitającej wiosny. Dokładnie tak jak zrobiliśmy dwa lata temu, wychodząć z "mroku".
Ale żeby nie było... Wyślę z tuzin żołnierzy by pomogli nanieść ten śnieg na skocznie.
I zadanie fabularne w lawinie: "Idąc szlakiem napotykasz typa z wiadrem śniegu. Co robisz? Nabierasz śniegu w plecak i pomagasz mu usypać zjazd skoczni; Wyśmiewasz i idziesz dalej." W nagrodę narty