Spacer
Czarne chmury dotarły nad miasto. Drobne, chłodne krople deszczu raz po raz kapały na chodnik, rytmicznie uderzając o nierówno ułożoną kostkę. Tupnięcia jej czarnych szpilek mijały się z melodią deszczu, tworząc wrażenie chaosu, niezorganizowania. Wiatr rozwiewał jej włosy i nie przypominało to już jej ułożonej fryzury, która towarzyszyła jej, gdy kilka godzin wcześniej wychodziła z jednego z wielu wieżowców w okolicy. Jej czerwona suknia mokła, mieszana z brudem zmytym przez deszcz przybrała bardziej brązowy kolor. Ona jednak szła, niewzruszona.
Ulice stawały się coraz bardziej opustoszałe, ludzie szukali schronienia przed kroplami wody atakującymi ich z góry. Jedni uciekali do domów, inni w pośpiechu szukali swoich pojazdów, inni po prostu wyciągali parasole. Ona jednak, pozbawiona samochodu, parasola i domu, stawiała kolejne nieśmiałe kroki, przez myśl jej nie przeszło, aby się zatrzymać. Szła dalej, jakby nieświadoma otoczenia.
Deszcz nie przegonił jednak wszystkich, na ulicach zostali najodważniejsi, którzy z dumą odpierali kolejne spadające na nich krople. Ulegli oni, dopiero gdy grzmot zakłócił rytm deszczu. Nagły, głośny ryk zapowiedział to, czego się obawiali. I oni więc szukali schronienia przed drapieżnikiem z nieba. Ona pozostała sama, idąc w przód niczym nakręcana zabawka - lewa, prawa, lewa, prawa.
Jej barki zaczęły odczuwać ciężar przemoczonej sukni, jej nogi ból drogi, którą przeszła, jej ciało trzęsło się z zimna. Każdy kolejny krok stawał się coraz mniej pewny. I choć jej mina pozostawała niezmienna - nieludzka wręcz obojętność ogarnęła jej twarz - jej oczy mówiły wszystko. Wiedziała, że choć sama poddać się nie chce, jej ciało zrobi to za nią. Szła jednak nadal, z każdym krokiem zastanawiając się, czy następny nie będzie jej ostatnim.
Ulice stawały się coraz bardziej opustoszałe, ludzie szukali schronienia przed kroplami wody atakującymi ich z góry. Jedni uciekali do domów, inni w pośpiechu szukali swoich pojazdów, inni po prostu wyciągali parasole. Ona jednak, pozbawiona samochodu, parasola i domu, stawiała kolejne nieśmiałe kroki, przez myśl jej nie przeszło, aby się zatrzymać. Szła dalej, jakby nieświadoma otoczenia.
Deszcz nie przegonił jednak wszystkich, na ulicach zostali najodważniejsi, którzy z dumą odpierali kolejne spadające na nich krople. Ulegli oni, dopiero gdy grzmot zakłócił rytm deszczu. Nagły, głośny ryk zapowiedział to, czego się obawiali. I oni więc szukali schronienia przed drapieżnikiem z nieba. Ona pozostała sama, idąc w przód niczym nakręcana zabawka - lewa, prawa, lewa, prawa.
Jej barki zaczęły odczuwać ciężar przemoczonej sukni, jej nogi ból drogi, którą przeszła, jej ciało trzęsło się z zimna. Każdy kolejny krok stawał się coraz mniej pewny. I choć jej mina pozostawała niezmienna - nieludzka wręcz obojętność ogarnęła jej twarz - jej oczy mówiły wszystko. Wiedziała, że choć sama poddać się nie chce, jej ciało zrobi to za nią. Szła jednak nadal, z każdym krokiem zastanawiając się, czy następny nie będzie jej ostatnim.

*GRafika wygenerowana przez AI
/-/S. S. Cargalho

