

Wpis zakładowy nr 1/1925
Rok 1925, 22 stycznia, elektrownia węglowa Stromberg-1
Nad ranem powietrze w Kotlinie Edelweiss było przesycone wilgocią. Z kominów elektrowni węglowej "Stromberg-1" unosiły się gęste kłęby dymu, zwiastując początek kolejnego pracowitego dnia. Hans Keller, 42-letni kierownik zakładu, przechadzał się między rzędami masywnych pieców, sprawdzając ich stan. Dzisiaj miał dotrzeć pierwszy transport węgla z Muratyki – kluczowy dla utrzymania produkcji prądu w tym tygodniu, jak i dwóch kolejnych.
Przybycie transportu
Dokładnie o ósmej rano kolejowy gwizdek rozbrzmiał nad okolicą, sygnalizując nadejście pociągu. Keller wraz z grupą pracowników wyszedł na bocznicę kolejową. Lokomotywa ciągnęła za sobą kilkanaście węglarek, każda wypełniona po brzegi surowcem z Muratyki. To węgiel najwyższej jakości, wydobywany w tamtejszych kopalniach i transportowany przez port w Ragusie na statkach takich jak MS Tulusa. Zanim jednak trafił do elektrowni, przebył jeszcze podróż kolejną południową magistralą kolejową.
Rozładunek był logistycznym wyzwaniem. Hans polecił, by każda węglarka była opróżniana szybko, ale bez błędów. Pracownicy używali wielkich łopat oraz nowoczesnych na owe czasy taśmociągów, które przenosiły węgiel do ogromnych bunkrów magazynowych. „Szybciej, szybciej! Musimy zdążyć przed zmianą pogody!” – nawoływał Hans, patrząc na ciemniejące niebo.
Praca w elektrowni
Elektrownia Stromberg-1 działała już od dwóch lat, zaopatrując całą Kotlinę Edelweiss w prąd. Była to konstrukcja imponująca jak na swoje czasy: dwa ogromne kotły parowe i turbiny o łącznej mocy 20 megawatów. Proces produkcji rozpoczynał się od spalania węgla w masywnych piecach, których żar niemal oślepiał. Wytworzona para napędzała turbiny, przekształcając energię cieplną w elektryczną.
Hans Keller szczególną uwagę przykładał do monitorowania temperatur i ciśnienia. Wystarczyła chwila nieuwagi, by system uległ przeciążeniu. „Ludzie myślą, że prąd to magia, ale to wy tu jesteście czarodziejami” – powtarzał pracownikom, podkreślając wagę ich pracy.
Trudy i wyzwania
Praca w elektrowni nie należała do łatwych. Wysokie temperatury, wszechobecny pył węglowy i ciężki sprzęt wymagały od pracowników niezwykłej wytrzymałości. Karl Meier, jeden z "dokerów czarnego skarbu", jak mawiali ci co musieli ów surowiec przerzucać godzinami, opowiadał wieczorami popijając piwo Peterhoff, że po dniu pracy czuł się jakby spędził godzinę w piekle. Jednak duma z tego, że ich wysiłek zasila domy i zakłady pracy w kotlinie, dodawała im sił.
Nie obywało się jednak bez trudnych chwil. Pewnego dnia w wyniku awarii taśmociągu węgiel zablokował przepływ do pieców. Hans wraz z technikiem, Erichem Schmidtem, musieli w ekspresowym tempie naprawić mechanizm, zanim ciśnienie w kotłach spadło zbyt nisko. Był to wyścig z czasem, ale dzięki ich umiejętnościom udało się uniknąć zatrzymania produkcji prądu.
Wieczorem, gdy słońce chowało się za górami, Hans spojrzał na elektrownię z uczuciem satysfakcji. Stromberg-1 był nie tylko miejscem pracy, ale sercem Kotliny Edelweiss. Każda tona węgla, każdy obrót turbiny przypominał o tym, jak ważna jest ich misja. Przyszłość należała do takich ludzi jak on – wytrwałych, gotowych na wszystko, by światło w domach innych mogło jasno świecić.


