Władzę zwierzchnią w Edelweiss posiada Oberhaupt. To on czuwa, by "państwo rosło w siłę, a ludziom żyło się dostatniej". W tym miejscu znajduje się jego siedziba. Jeśli masz jakąś sprawę do niego, to dobrze trafiłeś.
H.W. Grüner siedział przy biurku już dobrą godzinę, w półmroku gabinetu, który zdawał się kurczyć wraz z ciężarem ostatnich wydarzeń. Po raz kolejny próbował przeanalizować sytuację, lecz im dłużej nad nią ślęczał, tym bardziej stawało się jasne, że został z tym wszystkim w pojedynkę.
Frau Faktotum Augentrost zniknęła bez słowa. Jeszcze niedawno krzątała się po korytarzach, jak zwykle oburzona nadmiarem obowiązków, a teraz pozostało po niej jedynie kilka niedomkniętych teczek i zapach jej ulubionego atramentu i... perfum. Grüner westchnął. Na niej zawsze można było polegać, ale jej tajemnicze zniknięcie pozostawiło lukę, której nie sposób zasłonić dobrymi chęciami.
Herr Joachim Cargalho natomiast… cóż, Joachim jak zwykle grał w swoją grę. Jako szara eminencja Departamentu Dyplomatycznego poruszał się własnym rytmem, często niezrozumiałym dla zwykłych śmiertelników. Działał jak wolny elektron - niby obecny, niby zaangażowany, a jednak nieuchwytny. Jego reakcji nie dało się wymusić, nie dało się przyspieszyć ani wyprosić. Grüner wiedział o tym od dawna i z rezygnacją godził się na tę osobliwość.
Jedynym, na kogo naprawdę mógł liczyć, pozostał Albert F. de Espada. Człowiek honoru, stabilny jak skały Glanzbergu, którymi władał jako Oberstamm. To z nim Grüner wiązał przyszłość i z nim próbował układać obraz zagrożeń, które zaczynały wyłaniać się z politycznych mgieł.
Tyle że Herr de Espada również nie miał życia łatwego. Walka o utrzymanie bytności glanzberskiej kopalni złota pochłaniała go niemal całkowicie. Problemy narastały jak nawałnica, a ludzie pracujący pod ziemią stawali się pionkami w grze o wiele większej, niż mogliby sobie wyobrazić.
„Oby tam nikt nie zginął…” - pomyślał Grüner, odkładając pióro.
Myśl ta wracała do niego niepokojąco często.
Zamknął pamiętnik. Przynajmniej tyle mógł zrobić dzisiejszego wieczoru.
Śnieg padał gęsto, jakby okalające kotlinę góry próbowały zasypać wszystko, co jeszcze żyło w tej krainie między ambicją a strachem. Noc była bezgwiezdna, typowa dla Stadt, ale i typowa Glänzbergu, gdzie zima potrafiła gryźć człowieka w kark, a wiatr śmiać się bezczelnie z tych, którzy odważyli się jechać w góry po zmroku.
Heinz-Werner Grüner nie był człowiekiem, którego odwaga kiedykolwiek opuszczała. Ale tej nocy nawet on czuł, że coś wisi w powietrzu. Jechał powoli, zielony automobil sunął serpentynami jak ostrożny drapieżnik. W jego reflektorach tańczyły płatki śniegu, wirujące jak spadające z nieba białe iskry.
-Za cicho… — pomyślał, poprawiając kołnierz płaszcza.
W ciszy było coś nienaturalnego, coś, co przypominało mu, że jedzie na spotkanie, o którym wiedział jedynie tyle, że ma się odbyć. Ani gdzie dokładnie, ani z kim. Taka była cena władzy na tych wysokościach. Człowiek uczył się ufać instynktom, bo ludzie zawodzili znacznie częściej niż śnieg.
Ostrzegawcze mrugnięcie lampki na desce rozdzielczej rozproszyło jego myśli. Ciepłe powietrze z nawiewu pachniało chłodną skórą i zastałym tytoniem, pozostałością po godzinach, które spędził wcześniej w gabinecie, próbując poskładać rozproszone nici sytuacji.
Frau Augentrost wciąż zaginiona. Cargalho, jak zwykle, rozpłynął się w swoich dyplomatycznych mgłach.
A Albert F. de Espada… Cóż. On jeden mówił prawdę, nawet jeśli była ona brzydsza od zimowej nocy. Obecnie ratował Glänzberg...
Samochód wreszcie wyjechał ponad linię lasu. Wiatr zawył tak nagle, jakby próbował ostrzec: zawróć. Ale Heinz nie był człowiekiem od "zawracania". Był tym, który prze naprzód.
Zatrzymał auto, zgasił silnik. Zimno natychmiast wessało się jakby do środka, jak obcy, mroźny agent. Oberhaupt wysiadł, stawiając buty w świeżym śniegu. Odbite ślady znikały niemal w tej samej chwili. Zima nie lubiła pozostawiać dowodów.
W oddali majaczyło światło — pojedyncze, blade, migoczące. -To tam - pomyślał nieswojo.
Jedynie instynkt mógł mu to podpowiedzieć. I instynktowi ufał bardziej niż większości ludzi w swoich kręgach.
Zaciągnął płaszcz, poprawił rękawice. - Jeśli to pułapka — mruknął do siebie — to niech wiedzą, że przyszła ofiara przyszła z podniesioną głową.
Ruszył przez śnieg, który chrupał pod butami jak łamane kości. Jedno było pewne, Herr Oberhaupt Grüner szedł tam nie w roli petenta.
Szedł jak ktoś, kto nawet jeśli jeszcze nie zna treści gry, trzyma w dłoniach jej tempo.
A ci, którzy zamierzali go dziś sprawdzać, powinni dobrze zapamiętać ten moment...
Kancelaria Oberhaupta Kotliny Edelweiss podaje do wiadomości publicznej, iż przyjęta została z należnym uznaniem informacja Dworu Królewskiego Królestwa Voxlandu o planowanej wizycie państwowej Jego Królewskiej Mości Kristofa I w dniach 29–30 grudnia bieżącego roku.
Oberhaupt Kotliny Edelweiss, Heinz-Werner Grüner, wyraża zadowolenie z zapowiedzianej wizyty, postrzegając ją jako doniosły akt wzajemnego szacunku oraz sposobność do umocnienia stosunków pomiędzy Kotliną Edelweiss a Królestwem Voxlandu oraz możliwości zapobiegnięcia eskalacji negatywnych treści, które miały miejsce w ostatnich miesiącach.
Właściwe urzędy państwowe Kotliny Edelweiss zostały zobowiązane do podjęcia stosownych przygotowań protokolarnych i organizacyjnych. Szczegółowy program wizyty oraz dalsze komunikaty zostaną ogłoszone w odpowiednim czasie.
Heinz-Werner Grüner siedział w Der Sitz, w ciężkim fotelu z ciemnego drewna, który pamiętał jeszcze czasy poprzedniego wieku. Grube mury siedziby oberhauptowskiej tłumiły dźwięki zimowego świata; tylko wiatr, uderzający w okiennice, przypominał, że nawet w górskich kotlinach zima nie zna litości. Był 18 grudnia 1925 roku...czas przejścia, ciszy przed ruchem, chwila zawieszona między kończącym się rokiem a tym, który miał przynieść rozstrzygnięcia.
Na masywnym biurku leżały dokumenty Kotliny Edelweiss: raporty o stanie zapasów, listy od lojalnych rodzin, a także kilka pism, których treść zmuszała do głębszej refleksji. Grüner nie sięgał po nie od razu. Najpierw pozwalał myślom płynąć. Wiedział, że oberhaupt nie może reagować pochopnie, musi widzieć więcej niż inni, dalej i chłodniej. W półmroku gabinetu jego twarz była spokojna, lecz umysł pracował nieprzerwanie.
Nadchodzące miesiące zapowiadały się wymagająco. Kotlinę czekało umocnienie pozycji wobec panoszących się Dzikich, które coraz śmielej spoglądały na "szlaki handlowe". Grüner planował zwołać zimowe zgromadzenie doświadczonych obywateli, niejako "starszyzny", nie tylko po to, by potwierdzić zasadność tego co oczekiwał, ale by subtelnie przesunąć akcenty władzy tam, gdzie widział przyszłość. Myślał również o młodszym pokoleniu: o szkoleniu następców, o dyscyplinie, o idei, która przetrwa dłużej niż jedno nazwisko.
Podniósł się w końcu i podszedł do okna. W oddali widział kilka szczytów. Śnieg osiadał na stromych zboczach jak biała pieczęć na dokumetach, których całe sterty leżały w jego gabinecie.
Heinz-Werner Grüner wiedział, że spokój tej chwili jest pozorny, ale właśnie w takich momentach rodzą się decyzje, które kształtują losy całej Kotliny Edelweiss. I był gotów je podjąć...
Cisza Der Sitz została przerwana dopiero trzaskiem drewna w kominku. Grüner wciąż stał przy oknie, lecz jego myśli odpłynęły dalej niż za ośnieżone zbocza. Tam daleko, po drugiej stronie Ametystowej Góry, rozciągały się Wilde Felder – ziemie Dzikich. Kraina nieujarzmiona, pełna mgieł, bagien i ludzi, którzy od pokoleń odrzucali porządek Kotliny Edelweiss. Wojna z nimi nie była kwestią „czy”, lecz „kiedy”.
Oberhaupt pamiętał pierwsze starcia sprzed miesięcy: drobne potyczki, zaginione karawany, znaki ostrzegawcze wbijane w śnieg – prymitywne, ale wymowne. Dzikim nie chodziło o handel ani porozumienie. Chcieli naruszyć samą ideę władzy, którą Grüner uosabiał. Teraz wieści były coraz gorsze: zwiadowcy donosili o jednoczeniu się plemion Wilde Felder, o nowym przywódcy, który potrafił mówić językiem gniewu i obietnic.
Grüner odwrócił się od okna i sięgnął po mapę rozłożoną na stole. Jego palec przesuwał się po wąskich przejściach, mostach i przełęczach – punktach, gdzie przyszła wojna mogła zostać wygrana albo przegrana. Planował nie frontalne uderzenie, lecz długą, wyczerpującą kampanię: odcięcie Dzikich od zapasów, skłócenie ich sojuszy, wykorzystanie zimy jako sprzymierzeńca. Tylko czy słusznie? Czy miał rację?
W najbliższych tygodniach zamierzał wysłać emisariuszy do neutralnych osad, by zabezpieczyć akcję na reakcję. o
Gdy wrócił do fotela, jego twarz nie zdradzała wahania. Wojna z Wilde Felder miała być próbą nie tylko siły Kotliny Edelweiss, lecz także samego oberhaupta. Jeśli zwycięży, jego nazwisko przejdzie do kronik jako tego, który nie ugiął się przed "Dziczyzną". Jeśli przegra – Der Sitz stanie się tylko pustą budowlą, niczym wydmuszka...