W koszarach panowała surowa, napięta atmosfera. Czas przygotowań do zbliżającego się konfliktu z Dzikimi był ograniczony, a każdy dzień przybliżał żołnierzy do chwili, kiedy stawią czoła wrogowi na polu bitwy. Mimo że formalnie nikt nie wypowiedział wojny, każdy soldat wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim padnie pierwszy strzał.
Koszary, znajdujące się na obrzeżach Grünerwaldu, tętniły życiem od wczesnych godzin porannych. Długie szeregi żołnierzy formowały się na placu musztry, gdzie dowódcy wydawali kolejne rozkazy. Każdy oddział miał swoje zadania, a treningi były intensywne. Gruzowate, wilgotne powietrze drgało od krzyków instruktorów, przerywanych wystrzałami z karabinów maszynowych podczas ćwiczeń strzeleckich na poligonie.
Wewnątrz baraków, w zadymionych pomieszczeniach, słychać było przytłumione rozmowy i stukot narzędzi. Soldaten przygotowywali swój sprzęt — czyścili karabiny, konserwowali bagnety, sprawdzali magazynki i amunicję. Każda broń musiała być w doskonałym stanie, bo każdy żołnierz wiedział, że w nadchodzącej walce nie będzie miejsca na błąd. Ostatnie wydarzenia były bolesnym przypomnieniem, że wróg nie zna litości.
Obok okien, pod ścianą baraku, stali młodzi żołnierze, przypalając papierosy, próbując maskować napięcie. Rozmowy były ciche, przerywane tylko odgłosami szurania butów po betonowej podłodze.
— Mówią, że Dzicy mają coś, czego nie widzieliśmy jeszcze na oczy — odezwał się jeden z nich, Jurgen, calkiem młody wojak o przenikliwym, radosnym spojrzeniu. — Jakieś nowe maszyny... Podobno nawet nasze najlepsze pancerne oddziały będą miały z nimi problem.
— Plotki — odpowiedział jego starszy towarzysz, Fabio, weteran wcześniejszych kampanii. — Zawsze się znajdą tacy, co przesadzają. Ale musisz być gotowy. Nigdy nie lekceważ wroga, nawet jeśli myślisz, że jest prymitywny. Ich przewaga może tkwić nie w technologii, ale w brutalności i desperacji. To najgorsi przeciwnicy.
Gdzieś w oddali dało się słyszeć wycie silników. To ciężarówki wypełnione nowymi rekrutami zbliżały się do koszar, wznosząc tumany kurzu na piaszczystej drodze. Żołnierze z zaciśniętymi ustami obserwowali, jak kolejni młodzi chłopcy, nieopierzeni i jeszcze nieświadomi grozy wojny, wchodzą na teren bazy. Za kilka tygodni zostaną wrzuceni w wir przygotowań, które wkrótce miały zamienić ich w żołnierzy gotowych na śmierć i przetrwanie.
W salach wykładowych odbywały się zajęcia taktyczne. Mapy frontu, gdzie zaznaczano pozycje Dzikich, wypełniały tablice. Oficerowie omawiali strategie ataku, obrony i ewentualnych kontrataków. Były to lekcje bezwzględne, bez zbędnych emocji — suche fakty, kalkulacje strat i przewag, analiza warunków terenowych i zaopatrzenia. Każdy Soldat musiał zrozumieć, że na polu bitwy nie będzie miejsca na przypadek. Zwycięstwo zależało od dyscypliny, precyzji i przygotowania.
W stolarni, gdzie pracowali mechanicy i inżynierowie, trwały prace nad modernizacją pojazdów bojowych. Czołgi i samochody pancerne były doposażane w dodatkowe płyty pancerza, poprawiano silniki, a także instalowano nowoczesne, choć wciąż testowane, systemy łączności radiowej. Każdy element musiał być dopracowany, każda maszyna gotowa do działania w trudnych warunkach pola walki.
W pobliskiej zbrojowni Soldaten stali w kolejkach, odbierając nowo przydzielone mundury, hełmy i dodatkowe wyposażenie. Przy długich stołach weryfikowano stan masek gazowych, sprawdzano filtry, a oficerowie osobiście dbali o to, aby każdy żołnierz posiadał odpowiednią ilość amunicji. Zwracano szczególną uwagę na morale, rozdawano nowo drukowane plakaty z hasłami mobilizacyjnymi, które miały przypominać żołnierzom o nadchodzącej chwale i obronie honoru ojczyzny.
Wśród żołnierzy panowała atmosfera niepewności, ale też pewnej nieuchronnej determinacji. Ci, którzy już wcześniej doświadczyli działań wojennych, wiedzieli, co ich czeka, choć tym razem wróg był inny, bardziej nieprzewidywalny. Młodzi rekruci, mimo lęku, odczuwali też pewien rodzaj ekscytacji, niemal mistycznej wiary w nieuniknioną wielkość nadchodzącej kampanii.
Na koniec każdego dnia, gdy gasły ostatnie światła w koszarach, słychać było jedynie stukot butów strażników i daleki odgłos silników. Wojowie zasypiali z bronią obok łóżka, przygotowani na to, że każdy dźwięk w ciemności może być początkiem rozkazu do wymarszu. Każdy dzień oddalał ich od zwyczajnego życia, a przybliżał do momentu, kiedy ruszą na front, w stronę nieznanego wroga, który — choć prymitywny — może okazać się najtrudniejszym przeciwnikiem, jakiego kiedykolwiek spotkali. A to wszystko w obliczu zwbliżającego się Oktoberfest.
Czas do wojny nieubłaganie się kurczył. Wszyscy wiedzieli, że nadciąga burza.